WACKEN, 5-7.08.2010

No to się porobiło…relacja z minionego W:O:A dopiero teraz zagościła w łamach Metal Mundus! Moja to niestety wina i pełną odpowiedzialność za ten fakt muszę wziąć na siebie. I nie będę tutaj zwalał na czysto życiowe problemy jakich się nabawiłem ze zdrowiem, na zakaz pracy przy kompie czy też niefortunne usunięcie z dysku niemal ukończonej, pierwotnej wersji relacji. Skrewiłem, za co szczerze wszystkich przepraszam.
Ale „nie ma tego złego…” jak to się mówi i ostateczną, rozbudowaną wersję relacji z metalowego święta, jakim niewątpliwie jest Wacken Open Air możecie w końcu przeczytać, do czego serdecznie zapraszam.

CZWARTEK – pierwszy dzień festiwalu.

Od 9 lat, ta sama trasa, setki kilometrów autostrad i jeden, ten sam cel w postaci małej, dwutysięcznej mieściny na północy Niemiec. WACKEN, bo o nim mowa, mając coś magicznego w sobie, rok w rok przyciąga do siebie rzesze miłośników ciężkiego grania. Dziewiąty raz z rzędu przybywając do tego, przesiąkniętego Metalem miejsca czułem się nieco zmęczony. Nie wiem czy to „starość” i nadmierne, koncertowo-festiwalowe zużycie minionej dekady, czy też przesadne „rozdęcie” rzeczonej imprezy niezbyt optymistycznie wpływały na moje samopoczucie, niemniej chwilę trwało zanim dotarło do mnie, że oto znowu jestem we właściwym dla siebie miejscu, „Metalowej Mekce”…
Pole namiotowe, czekające otworem od wczesnych godzin rannych przywitało nas znośną pogodą, choć chmury na horyzoncie nie napawały optymizmem. Założenie obozowiska potrwało nadzwyczaj sprawnie, chwila odpoczynku przy piwie i innych, niekoniecznie wyskokowych napojach poprzedziła tradycyjny już rekonesans mojej, festiwalowej ekipy. Niby to ten sam festiwalowy teren, te same strefy, konstrukcje i ogrodzenia jednak co roku pojawiają się większe, bądź mniejsze zmiany niekoniecznie pozytywne, do czego nie omieszkam wrócić w dalszej części tekstu.
Początek czwartkowej imprezy, a co się z tym wiąże otwarcie festiwalowych bram miało miejsce około godziny 15tej. Morze ludzi wlewających się na główny plac, nad którym górowały festiwalowe sceny wyzwalał dreszczyk emocji i poczucie, że oto już za chwilę rozpocznie się muzyczny wieczór, zwany „A Night To Remember”, z pierwszą kapelą jako otwieraczem, którą od kilku lat jest niezmiennie SKYLINE – band współorganizatora W:O:A, Thomas’a Jensen’a. Kapelka ta, jak zawsze serwująca klasyczne covery i inne metalowe hymny i tym razem pokazała się w doborowym towarzystwie. Swój krótki, bo około półgodzinny występ rozpoczęli od wackeńskiego hymnu „We All The Metalheads” z udziałem królowej Dorotki, znanej ze starego Warlock’a. Ludzie po prostu oszaleli, krzyki, skandowanie i refren metalowego hymnu śpiewany przez dziesiątki tysięcy gardeł. Przyznać trzeba, że takie rozpoczęcie bardzo mi się podobało, a i sama Doro na scenie zawsze cieszy me oczy. Chwilę później z głośników poleciało „All We Are” i chyba każdemu fanowi wokalistki uśmiech zagościł na facjacie. Dobry kawałek, z całkiem fajnym wykonaniem nie mógł się po prostu nie podobać. Ludzi dobijało coraz więcej, pod Black Metal Stage zrobiło się ciasno, a SKYLINE potraktowali nas kolejnym coverem o nieśmiertelnej nazwie „Breaking The Law”. Cóż, nie było to najlepsze na świecie wykonanie tego kawałka, z przeogromną przepaścią do oryginału, ale co tam, liczyła się dobra zabawa i poczucie rozpoczynającego się, trzydniowego święta. Co jeszcze przygotowali dla nas SKYLINE tego popołudnia? Kolejne dwa covery w swoim wykonaniu „Shot Down In Flames” (AC/DC) i „Holy Diver”, odśpiewany w pośmiertnym hołdzie Ronnie’mu James’owi Dio. Na koniec czekała nas kolejna niespodzianka, bo oto na scenę wkroczył sam Udo Dirkschneider, w którego gościnnym wykonaniu nie zabrakło kolejnego już, festiwalowego hymnu zatytułowanego „Heavy Metal W:O:A” oraz nieśmiertelnego „Balls To The Wall” z repertuaru Accept. Ponownie zebrani pod sceną ludzie ożywili się znacznie i odśpiewali słowa refrenu genialnej kompozycji, wtórując – będącemu w dobrej formie wokalnej – Dirkchneider’owi. Być może niektórzy zawiedli się zbyt krótkim setem niemieckiego SKYLINE, jednak każdy zdawał sobie sprawę z tego, że był to jedynie przedsmak dalszych koncertów, które jeszcze tamtego wieczoru miały porwać swą mocą i profesjonalizmem.
Na scenie obok, czyli sąsiedniej True Metal Stage, w najlepsze trwały już przygotowania do następnego występu… i to nie byle kogo, bo ALICE COOPER’a! Można gościa nie słuchać na co dzień, można też mieć jakieś tam „ale” do tego muzyka, ale szacunku i estymy nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie mu odmówić. Ponad 40 lat na scenie, tysiące koncertów przyciągających rzesze fanów na całym świecie i niepowtarzalny image, z którego do dzisiaj czerpią i na którym wzorują się inni. Każdy występ AC jest wyjątkowy i nie o zawartość muzyczną tutaj chodzi, która siłą rzeczy uzależniona jest od materiału wydanego w ostatnim czasie, ale o widowisko, makabreskę, rasowy Horror Show. COOPER i tym razem nie zawiódł. Zakonserwowany i „trzymający się” nad wyraz dobrze artysta dał czadu, że aż miło było popatrzeć. Czegoż tutaj nie mieliśmy? Nie zabrakło gilotyny, szafotu, nabijania ciał na ostre przedmioty, śmierci i cudownych zmartwychwstań oraz innych rekwizytów, charakterystycznych postaci i stworów, które swoją oryginalnością i wykonaniem mogłyby zawstydzić wczesnego Wes’a Craven’a czy innego George’a A. Romero.. Tak proszę Państwa, na doznania wzrokowe nie można było narzekać, a czy muzycznie również było dobrze? Jasna sprawa! I tym razem „Alicja” nie zawiódł, dając dobry, równy koncert. Nie wiem skąd, ten nie młody już w końcu jegomość brał na to wszytko siły, godząc „teatr” z wokalem, niemniej obyło się bez żadnej wpadki, mimo iż – jak dla mnie – zabrakło tutaj wykonania „Hej Stupid”! A co dokładniej usłyszeliśmy podczas występu AC ? Ponad 20 kompozycji, w tym min. „School’s Out” (w niepełnej wersji na początku i całej na koniec przedstawienia), genialne „No More Mr. Nice Guy”, ciężkawe „I’m Eighteen”, spokojne „Ballad Of Dwight Fry”, ponadczasowe „Poison” i wiele, wiele innych. Owszem, może głos ALICE’a nie był już aż tak dobry jak kiedyś, niemniej wspomagany przez młodszych kolegów z zespołu dawał radę i słyszalne niedociągnięcia wcale nie przeszkadzały. Po kilku „zgonach”, jakie w między czasie zaliczył z rąk swoich scenicznych oprawców (tracąc głowę na gilotynie, wkładając przyciasną linę na szubienicy, czy przebijany wielką strzykawą przez „pielęgniarkę”) i kilka kawałków później COOPER przeszedł do dynamicznego „Dirty Diamonds”, rozrzucając w koło sztuczne perły, później zahaczył jeszcze o „Billion Dollar Bbies” czy też „Feed My Frankenstein”, by zakończyć właściwe show wałkiem „Under My Wheels”. Po krótkiej przerwie, na bis dostaliśmy jeszcze „Elected” i wcześniej wspomnianą, pełną wersję „School’s Out”. Koncert dobiegł końca, a uwaga wszystkich skierowała się ponownie na Black Stage, bo już niedługo mieli tam zagrać MOTLEY CRUE, kolejni wykonawcy „A Night To Remember”, by zaraz po nich mogli wystąpić IRON MAIDEN, główna gwiazda wieczoru.



I w tym momencie chciałem przeprosić czytających te słowa, niemniej o w/w kapelach napiszę niewiele, a raczej wcale gdyż ich występy jedynie słyszałem, nie będąc obecnym na głównym placu festiwalowym. Powód o tyle prosty, co istotny dla mnie i setki moich kolegów dziennikarzy / fotografów z całego świata, którzy to przez tour managerów i same kapele zostaliśmy potraktowani jak bydło w oborze. Mając najważniejszą przepustkę fotograficzną, tzw. Pit Photopass nie zostaliśmy dopuszczeni do robienia zdjęć powyższym kapelom. W takiej sytuacji wszystkim tym, którzy przyczynili się do zaistniałej sytuacji pragnę przekazać soczyste i szczere FUCK YOU, nie mając zamiaru promowania i opisywania wackeńskich występów owych kapel! Na marginesie mogę jedynie powiedzieć, że było to cholernie nie fair zachowanie, szczególnie w stosunku do kilku jegomości ze Skandynawii, którzy właśnie po zdjęcia MOTLEY CRUE I IRON MAIDEN zostali wysłani przez pracodawców. Wielkie świństwo i tyle…
Jak dla mnie pierwszy dzień festiwalowego grania dobiegł właściwie końca. Oczywiście przy atrakcjach organizacyjnych, jakie zostały przygotowane dla wackeńskich gości nie można było się nudzić, a rasowe stoiska z metalowym stuff’em różnej maści skutecznie pozwoliły mi ochłonąć po emocjach związanych z wyżej opisanymi zdarzeniami.

PIĄTEK – drugi dzień festiwalu

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się tradycyjnie, od porannej toalety, śniadania (rybki z Lidla rządzą heh!) i obskoczenia wszystkich, ważniejszych stoisk z płytami. Niejeden może się dziwić, że sporo czasu poświęca się zakupom i tym podobnym przyjemnością, niemniej nie sposób przecenić faktu, iż w jednym miejscu możemy znaleźć i sprawdzić na własne oczy to, za czym niejednokrotnie przejechalibyśmy pół świata. Wackeńskie stoiska nie mają sobie równych i oferują najwięcej metalowego towaru z wszystkich dużych festiwali. Pod sceną znalazłem się około 11:00, gdzie na Black Stage swój występ zaczęli DEW-SCENTED. Muza trochę nie z mojej bajki, niemniej dla odmiany warto było posłuchać death-thrash’owego łojenia wysokiej próby. Ekipa Leif’a Jensen’a zagrała krótki, lecz konkretny set prezentując starsze klasyki grupy, jak i nowe kawałki z ostatniej płyty zatytułowanej „Invocation”. Było melodyjnie, ciężko choć za bardzo statycznie, jak na mój gust. Fluidy Slayer’a krążyły gdzieś w powietrzu, bo nie sposób nie porównywać muzy granej przez Niemców z kapelą amerykańskich rzeźników. Co prawda, trochę im jednak ustępowali, niemniej gdyby zmienić słoneczny dzień w klubowy, mroczny klimat, koncert kapeli jeszcze bardziej zyskałby na odbiorze. Ze względu na jako taką znajomość wcześniejszej twórczości DEW-SCENTED, rozpoznałem jedynie 4 kawałki z zaprezentowanego przez nich setu, w tym „Cities Of The Dead” i „Soul Poison” z krążka „Impact”, wydanego w okolicach 2003 roku. Fajna muza, niezłe wykonanie, z czystym sumieniem polecam koncerty tej grupy.



Co dalej? Czego dawno nie widziałem? Z pewnością szwedzkiego ASTRAL DOORS! Bardzo lubię wokal Johansson i kiedy tylko mam okazję, to staram się trafić na koncert kapeli tego utalentowanego wokalisty. Występ ASTRAL rozpoczął się o 13:45 na Wet Stage, gdzie – przyznam się bez bicia – nie bardzo lubię chodzić. Warunki, jakie człowiek tam zastaje, dalekie do komfortowych, wkurwiają chyba najbardziej fotografów. Syf jaki wzbija się podczas granych tam koncertów wchodzi dosłownie wszędzie. Jeśli do tego zacznie pogrywać coś szybszego/cięższego, z pogowaniem pod sceną to już w ogóle jest „elegancko”. Niestety, taka już jest specyfika koncertów granych pod namiotami, więc pozostaje jedynie przyzwyczaić się do tego. Na szczęście, podczas koncertu Szwedów było całkiem znośnie, a co najważniejsze, półgodzinny występ okazał się na prawdę dobry. Jeśli ktoś lubi rasowe heavy, to po prostu nie było w tym czasie lepszego miejsca do zabawy przy takiej muzie. Ostre riffy, ciekawe melodie i ten charakterystyczny wokal, a wszystko to świetnie nagłośnione i zagrane z polotem. Usłyszeliśmy 7 kompozycji, czego trudno byłoby mi wybrać jakieś najfajniejsze, ponieważ każda z nich zasługiwała na wyróżnienie począwszy od „Call Of The Wild”, poprzez min. „Black Rain”, „Power And The Glory” i „Evil Is Forever”, na „Cloudbreaker” kończąc. Szybko, dynamicznie bez jakiejkolwiek ściemy i przypadku. Szkoda tylko, że tak krótko, jednak czas i ilość kapel „stojących” w kolejce do sceny były czymś, czego nie dało się przeskoczyć. Na koniec – z tego co pamiętam – dźwiękowcy zrobili „power off” i koncert ASTRAL DOORS dobiegł do swego końca. Jak dla mnie występ całkiem udany, a w dalszej części dnia mogło być jedynie lepiej.



Ze względu na to, iż w godzinach popołudniowych na wackeńskich scenach grało trochę kapel, których koncerty widziałem co najmniej kilkakrotnie, swój entuzjazm i zapał postanowiłem wykorzystać w godzinach wieczornych , dlatego też kolejną kapelą jaką oglądałem na żywo byli KAMELOT, występujący o 19:15 na True Metal Stage. Niestety kolejne nieporozumienie jeśli chodzi o czas i warunki w jakich grała ta kapela spowodowały, że niezbyt fajnie się na nich patrzyło. To znaczy koncert był na prawdę dobry, wszystko dopięte wzorowo, jednak słońce, światło dnia skutecznie pozbawiały mnie radości z ich występu. Poza tym jednym, „małym” szczegółem przyznać muszę, że KAMELOT nie zawiedli, łącząc wzorowo swe liryczne oblicze z szybkością Power Metalu. Wielka scena, kurtyna przedstawiająca grafik z ich ostatniej płyty i piątka facetów plus jedna laska grający dla kilkudziesięciu tysięcy fanów. Czegoż chcieć więcej? Oczywiście, do pełni szczęścia (oprócz w/w warunków) potrzebna była dobra setlista, której również nie zabrakło. Amerykanie, wraz ze swym norweskim wokalistą zagrali bardzo dobry set, łącząc w nim znakomicie stare i najnowsze kompozycje. Koncert zaczęli od niełatwego w odbiorze na żywo „Ghost Opera”, by za chwilę odegrać „When The Lights Are Down” z „The Black Halo” i najnowsze „The Great Pandemonium”. Wystarczyło posłuchać pierwszych kompozycji, żeby wiedzieć, iż Thomas Yungblood, Roy Khan i reszta kapeli są w na prawdę dobrej formie. Lekkość grania swych skomplikowanych niekiedy kompozycji przychodziło im nadzwyczaj prosto, co też przekładało się na świetne przyjęcie zgromadzonych na placu fanów. Było na prawdę dobrze. Świetne solówki i linie gitarowe Thomas’a przypadły mi do gustu, Sean i Casey odpowiedzialni za sekcję rytmiczną dawali niezłego czadu, a Oliver Palotai (facet znany ze współpracy min. z Doro, Blaze’m , Circle II Circle…) swymi klawiszami spinał wszystko w jedną całość. Oczywiście nie byłoby KAMELOT’a bez wokali Khana, chyba najbardziej charakterystycznego członka zespołu. Facet operujący ciekawym, intrygującym głosem, również poradził sobie całkiem dobrze, zmieniając czasami linię wokali, bądź też śpiewając nieco niechlujnie (jak w przypadku „Karmy”) – czym, nie ukrywam, wkurzał mnie czasami. Łącznie KAMELOT zagrali około godziny, co przełożyło się na 10 utworów, wśród których nie mogło zabraknąć hitów takich jak „Center Of The Universe”, „Karma”, genialnego „Forever” czy kończącego cały występ „March Of Mephisto”. Dobre nagłośnienie, świetne kawałki i forma zespołu, który nadal trzyma się wyznaczonego kilkanaście lat temu kursu.



Naście minut później zameldowałem się pod kolejną sceną, tym razem Party Stage, gdyż za chwilę swój koncert miała dać moja ulubiona wokalistka – TARJA TURUNEN.
Koncert byłej wokalistki Nightwish był pierwszym, jaki oglądałem na średniej scenie podczas tegorocznego W:O:A, dodam, że bardzo udany. Sama scena, a w szczególności jej usytuowanie wzbudza we mnie mieszane uczucia. Nie mam żadnych zarzutów co do oprawy, świateł, jakości nagłośnienia niemniej odbiór występów jest co najmniej wątpliwy przez niefortunną bliskość sąsiedniej True Metal Stage (szczególnie gdy w między czasie grają na niej jacyś „rzeźnicy”). Mam wrażenie, że we wcześniejszych latach lokalizacja Party Stage była o tyle szczęśliwsza, że odgłosy z większych scen nie były tak bardzo słyszalne. Kapela TARJI, jak i sama artystka byli w doskonałej formie, co też emanowało od nich przez cały, godzinny koncert. Nie mogło tutaj być jakichś niedoróbek, czy też innych niedomówień, a profesjonalizm i dokonania jej muzyków były tego najlepszym gwarantem. Koncert choć dość surowy, bez orkiestry i innych upiększeń nie mógł się po prostu nie podobać. TARJA elegancka, ubrana w czarne, prześwitujące wdzianko od razu „kupiła” sobie męską część publiki, a jej urodzie mogły jedynie dorównywać jej umiejętności wokalne. Jej głos to poezja, a możliwości wręcz fenomenalne, co też pokazywała na każdym niemal kroku. Energiczna, czerpiąca radość z grania i dająca ją zarazem wszystkim tym, którzy licznie przybyli pod scenę. W połowie jej show wiedziałem, że będzie to dla mnie jeden z najlepszych występów na tym feście, co też w finale potwierdziło się bezbłędnie. Dobór kawałków przypasował chyba wszystkim, a z 12 zróżnicowanych kompozycji najbardziej przypadły mi do gustu wykonania „Lost Northern Star”, „I Walk Alone”, „Die Alive” oraz „najtłiszowe” „Sleeping Sun” i „Whishmaster”. Nie zabrakło również przedpremierowych wykonań utworów z nadchodzącego krążka wokalistki, co – jako jej fana – ucieszyło mnie chyba najbardziej. „Falling Awake” ciężkawy, z mocną sekcją utwór świetnie zabrzmiał na żywo, podobnie jak wcześniejszy „In For A Kill”, co dawało pozytywny obraz i nadzieję na kolejną, dobrą płytę TARJI. Trzeci, solowy koncert TARJI TURUNEN jaki widziałem w swym życiu dobiegł końca, a mnie i mojemu kumplowi nie pozostało nic innego jak powrót pod True Metal Stage, gdyż za kilkanaście minut rozpoczynał się tu nie byle jaki koncert, jubileuszowe show niemieckich klasyków – GRVE DIGGER!



Tak się fajnie złożyło, że na tegorocznym Wacken Open Air „Grabarze” postanowili uczcić swoje 30-lecie działalności scenicznej i podziękować swym wiernym fanom za wsparcie i za to, że nigdy nie zwątpili w ich muzę. Cóż to był za koncert?! Czego tam nie było?! Ale po kolei… Scena została skrupulatnie zabudowana, tony sprzętu, ściany ułożone ze wzmacniaczy, klimatyczne światła, dym i ogromna kurtyna przedstawiająca okładkę z ostatniej płyty GD. Niby nic takiego, jednak jako całość wszytko to robiło niezłe wrażenie. Przygasły światła, chwila napięcia i po chwili na scenę wmaszerował spory oddział kobziarzy Bauluy Muluy Pipes & Drums Band (najpierw trzech) wykonując intro „The Brave”, przechodzące w „Scotland United”. Gdy na scenie pojawili się chłopaki z DIGGER’a tłum oszalał i wszystkie atrakcje zaplanowane na ten wieczór po kolei zaatakowały zmysły fanów. Chris ubrany w kilt biegał po scenie, śpiewając przy tym jak za starych czasów. Patrząc na formę i energiczne zachowanie tego muzyka miałem wrażenie, że czas zatrzymał się dla niego jakieś 15 lat temu, stojąc cierpliwie w jednym i tym samym miejscu. Pozostali, „starsi panowie”, również nie odpuszczali dając czadu, że aż miło. Nie mogło być przecież inaczej, tym bardziej, że wszyscy mieli świadomość rejestracji show na potrzeby wydania DVD. Mobilizacja i chęć zaprezentowania się z jak najlepszej strony były tu wszechobecne, a coraz lepsze kawałki grane przez zespół radował moje serce minuta po minucie. „The Dark Of The Sun”, „William Wallace (Braveheart)”, „The Bruce (The Lion King) oraz „The Battle Of Flodden” pieściły uszy jeden po drugim. Nagłośnienie wręcz genialne, ferie świateł i niepowtarzalny klimat, jaki stworzyli GRAVE DIGGER wespół z 80.000 (!) fanów było czymś magicznym, czego niemal nie da się opisać. Gitara Ritt’a, ostra jak brzytwa, „cięła” wszytko na swej drodze, a soczyste riffy, charakterystyczne zagrywki i melodie z najlepszych czasów Grabarzy królowały nad festiwalowym placem. Jens ze Stefanem gromili sekcją rytmiczną, natomiast HP za klawiszami nadawał ton klimatycznymi podkładami. Po tak mocnym początku chwilę oddechu przyniosła kolejna kompozycja i to nie byle jaka, bo „The Ballad Of Mary (Queen Of Scots). Genialna wręcz ballada nastroiła mnie lirycznie, tym bardziej, że nie sposób – po prostu – nie śpiewać jej razem z zespołem. I w tym oto miejscu przyszedł czas na na gościnne występy znakomitych muzyków. Nie licząc Van Canto, którzy od początku koncertu, z głębi sceny, wspomagali wokalnie kapelę naszym oczom ukazała się Doro „The Metal Queen” Pesch! Ubrana w czarną suknię, wspólnie z Boltendahl’em odśpiewała świetny song, dając fanom wszytko to czego pragnęli z odrobiną wzniosłości i wzruszenia. Pięknie, godnie, to na prawdę mogło się podobać! Ci z Was, którzy znają album „Tunes Of War” wiedzą już chyba jakie tytuły poleciały w dalszej kolejności. Nie będę ich tutaj wszystkich cytował, niemniej powiem tylko, że były to ich najlepsze, koncertowe wykonania jakie w życiu słyszałem. I trudno jest tutaj wartościować, które z nich były lepsze, a które gorsze. Jak dla mnie cały koncert GRAVE DIGGER’a był bardzo równy i myślę, że każdy kto był wtedy na wackeńskiej ziemi miał podobne odczucia. W dalszej części koncertu nie zabrakło oczywiście nieoficjalnego hymnu kapeli „Rebellion (The Clans Are Marching)”, podczas którego zobaczyliśmy kolejną, znakomitą osobowość w postaci Hansi’ego Kursch’a! Taak…to był dla mnie – i myślę nie tylko – kulminacyjny punkt koncertu, bez którego nie wyobrażam sobie żadnego występu GD. Hansi, w charakterystyczny dla siebie sposób podołał postawionemu zadaniu, biegając po scenie, podobnie jak Chris, w szkockim kilcie.
Van Canto dorzucili swoją cegiełkę w początkowej części utworu, a publiczność po prostu oszalała, śpiewając równo tekst refrenu, przy którym również ja, z przyjaciółmi darłem się w piekło głosy. Magia chwili, Heavy Metal i wzruszenie… wszystkie te emocje kotłowały się wtedy we mnie, powodując, że koncert ten stał się dla mnie najlepszym ze wszystkich występem podczas tegorocznego Wacken. Ale nie był to jeszcze koniec jubileuszowego przedstawienia Grabarzy, gdyż panowie zagrali jeszcze 4 kolejne kawałki takie jak „Culloden Muir”, „Ballad Of A Hangman”, „Excalibur” i kończący występ klasyk „Heavy Metal Breakdown”. Koncert ze wszech stron doskonały, bez słabych punktów, mający w sobie wszystko to, czego zabrakło – niestety – w ubiegłorocznym, pożegnalnym występie Running Wild. Wszystkiego najlepszego panowie! Sto lat GRAVE DIGGER!



W między czasie nad festiwalowym placem zapadła noc, odgłosy zabawy i innych atrakcji przygotowanych przez organizatorów imprezy przypominały gdzie jesteśmy, a tłok, który nie opuszczał nas od godzin popołudniowych dawał się już chyba wszystkim we znaki. O ile do samych koncertów, ich organizacji i punktualności „rozkładu jazdy” nie mogę się doczepić, tak do tłumów ludzi i wszechogarniającego ścisku jak najbardziej. Oczywiście nie ma w tym winy samych ludzi, niemniej od kilku już lat widać jak na dłoni, że organizator idzie „na ilość” serwując coraz gorsze warunki do oglądania koncertów. Sorry, ale główny plac festiwalowy pozostał niemal bez zmian przy ponad trzykrotnie większej frekwencji niż miało to miejsce choćby 10 lat temu. Ja rozumiem, że północ Niemiec znana jest z hodowli krów, niemniej nie oznacza to wcale, że musimy tłoczyć się jak bydło w wagonach. Ktoś mógłby powiedzieć, że „jak ci nie pasuje, to nie jeźdź” i byłoby w tym dużo racji, jednak moim celem jest zwrócenie uwagi na fakt, że pod tym względem na W:O:A dobrze się nie dzieje.
Koniec z utyskiwaniem na zastane warunki, bo już za moment na sąsiedniej Black Stage do występu przygotowywali się SLAYER. Koncert panów spod znaku Zabójcy nie mógł być przecież słaby i tak właśnie się stało, że pokazali klasę i moc w ich charakterystycznym stylu. Tu nie było miejsca na kompromisy, a ostre riffy spółki Jeff & Kerry, dudniący bass Toma i perkusyjne blasty Dave’a gromiły morze fanów, którzy zdołali dobić pod scenę. Chłopaki pokazali wszystko to, w czym są najlepsi, przygotowując na ten wieczór wybuchową mieszankę swych klasyków i nowych kompozycji. 75 minutowy set obfitował w 13 kawałków, poczynając od najnowszych „World Painted Blood” i „Hate Worldwide”, poprzez „War Ensemble”, „Expendable Youth”, „Dead Skin Mask” i „Seasons In The Abyss” pochodzących z mojego ulubionego longa „Seasons…”. Klimatyczne, „ciemne” światła, zero reflektorów kierunkowych i dobre nagłośnienie nieźle komponowały z muzą SLAYER’a , tylko jakby publika nie do końca miała ochotę się bawić. Szczerze, to spodziewałem się dużo większego młynu pod sceną, dużo większej interakcji z kapelą, szczególnie przy największych klasykach. Okazało się jednak, że reakcje były nieco zachowawcze, co jednak w żadnym stopniu nie przeszkadzało w odbiorze koncertu. Co dalej? Mocno i ostro! Poleciały min. „Hell Awaits”, „Spirit In Black”, „Chemical Warfare”, „Raining Blood” oraz koniecznie „Angel Of Death” zaserwowany nam na zakończenie. Amerykanie z występu na tegorocznym W:O:A wyszli obronną ręką, a mnie pozostaje wypatrywać ich nowego show, na kolejnym feście, czy też innym, klubowym koncercie.



Drugi dzień festiwalu dobiegał niemal końca, jednak przed zasłużonym odpoczynkiem chciałem jeszcze zobaczyć kanadyjskiego ANVIL’a. Stara kapela, dość prosta muza, jednak jest coś w tych gościach co przyciąga człowieka . W myśl zasady „stare Heavy nigdy nie jest złe”, z przyjemnością posłuchałem koncertu, jednocześnie podziwiając zachowanie Lips’a, głównego „dyrygenta” kapeli. Było to moje trzecie, żywe spotkanie z ANVIL’em i muszę przyznać , że najprzyjemniejsze. I mimo, że można było dopatrzeć się „niedoróbek”, czy też jakichś nietrafionych w ton wokali, wszystko zabrzmiało rasowo, tak jak powinno. Od samego początku Kanadyjczycy polecieli ze starociami, z instrumentalem „March Of The Crabs” jako otwieraczem. No ładnie, ładnie… Zaraz po nim poszło „666” i kolejny wiekowy kawałek „School Love”, pamiętający jeszcze rok ’81. Poważne miny Glenn’a Gyorffy’a, biegającego po scenie z basem i prężącego się w różnych pozach, mocno kontrastowały z luzackim podejściem Lips’a, który rozbrajał mnie na każdym kroku. Wiecznie uśmiechnięty, wygłupiający się co chwilę jegomość niemal od razu zyskał sympatię zgromadzonych przed True Metal Stage fanów. Widać było, że gra na scenie to ich życie, że kochają to robić i mimo, iż nie są mega popularni spełniają się w tym co robią. Co dalej? Z głośników poleciały kolejne utwory takie jak „Winged Assassins”, „This Is Thirteen” i „Mothra”, przy którym Lips wszystkich chyba wprawił w zdumienie odpierdalając solówę nie czym innym jak penisem… oczywiście sztucznym, a nie swoim he, he! Nie no, ubaw pełną gębą, a jak profesjonalnie wykonane he, he! Swoje pięć minut podczas „White Rhino” miał również Robb Reiner, wymiatając solo na garach, czym poprzedził ostatnie dwa kawałki „Forged In Fire” oraz ten, na który wszyscy z niecierpliwością czekali „Metal On Metal”. Nie ma co, koncert na prawdę udany z burzą oklasków i podziękowaniami Lips’a, dla którego – jak mówił – granie na Wacken było spełnieniem marzeń. Skromność, Heavy Metal i dobra zabawa – te trzy określenia chyba dobrze charakteryzują występ ANVIL.



SOBOTA – trzeci dzień festiwalu

Sobotni dzionek rozpocząłem tradycyjnie od wczesnej pobudki, wrzuceniu czegoś na „ruszt” i przejściu się do centrum miasteczka, okupowanego dosłownie przez metalową brać z całego świata. Spożywczaki pękające w szwach, bankomaty rozpalone do czerwoności od wypluwania sterty euro i uśmiechnięci mieszkańcy bratający się z przyjezdnymi. I właśnie ten obrazek, zawsze gdy tu jestem, zadziwia mnie niezmiennie, bo gdy pomyślę jakby to wyglądało w naszym, zacnym kraju to mnie pusty śmiech ogarnia. Tak, wiem, wiem… nie ma się tu nad czym zastanawiać, tak więc porzućmy ten temat.
Ostatni dzień festiwalu zapowiadał się dość smakowicie, jednak dla mnie, najbardziej liczyło się około 10 kapel, których koncerty koniecznie chciałem zobaczyć. Mój „koszmar” rozpoczął się w południe, gdy na deski Wet Stage wskoczyli Francuzi z NIGHTMARE. Kapelka znana mi od jakichś 14 lat, choć przyznać muszę, że zaniedbywana, rzadko gościła w moim odtwarzaczu. Jednak gdy przeczytałem, że zagrają na tegorocznym W:O:A, wielki banan zagościł na mojej twarzy. Jak wypadli na żywo? Przyznam, że nie spodziewałem się tak dobrego, soczystego występu. I znowu, trudno tutaj półgodzinny set nazwać pełnoprawnym koncertem, jednak to co pokazali w swej skrystalizowanej formie było po prostu mistrzostwem świata! Moc i energia Heavy Metalu z techniczno-progresywnymi elementami wbiła mnie po prostu w ziemię. Zaczynając od „Eternal Winter” ekipa Joe Amore’a rozpoczęła bezkompromisową jazdę bez trzymanki, przyciągając sporą ilość fanów. NIGHTMARE postanowili promować swój ostatni album i to właśnie z „Insurrection” usłyszeliśmy większość kawałków. Kolejny „The Gospel Of Judas”, oraz „Wicked White Demon” okazały się jeszcze mocniejszymi punktami programu, gdzie Thrash’owe naleciałości wyłaniały się z twardych jak stal riffów. Amore, będąc w dobrej formie, czarował swoim wokalem przypominając niekiedy nieodżałowanego Dio. A jeśli zahaczyłem już o Ronnie’go, to zaraz potem na tapetę poleciało nic innego jak „Holy Diver”! Cóż to było za wykonanie. Na prawdę fajnie było posłuchać tego klasyka w interpretacji Francuzów, tym bardziej rasowo wykonanego, co też przełożyło się na burzę oklasków i podziękowań. Tuż przed końcem NIGHTMARE powrócili do ostatniego longa grając „Legions Of A Rising Sun”, by ostatecznie zakończyć swój występ starym numerem z pierwszej płyty „Trust A Crowd”.Wszystko pięknie i fajnie, tylko dlaczego Panowie nie zagraliście nic z mojego, ulubionego „Cosmovision”? Jak pech, to pech. Może następnym razem? Na pewno nie przepuszczę takie okazji!



Po francuskich heavymetalowcach przyszedł czas na Thrash rodem z USA. OVERKILL, bo o nich właśnie mowa, deski True Metal Stage opanowali około 15:45. Nie pałam wielką sympatią do tej kapeli, nigdy też się nimi nie zachwycałem, jednak szacunek Nowojorczykom należy się ze wszech miar. Ten kto zna sceniczne oblicze OVERKILL, w ciemno mógłby „obstawiać” wygląd ich wackeńskiego show. Generalnie z Blitz’em i resztą jego gromadki zawsze jest tak samo. Czarny bezrękawnik (lub bez), żylasty koleś z mikrofonem na statywie i nogą wspartą na odsłuchu… znacie to skądś? Taaa, to cały Blitz! Wielka kotara z grafikiem „Ironbound ”, headbanging i snujący się po scenie już nie najmłodsi panowie. Taki właśnie obrazek zapamiętałem z koncertu OVERKILL, nie zapominając o dużej dawce melodii i ognia jaką serwują owi goście. Bez ogródek powiem tylko tyle, że muzycznie nie można było się do niczego doczepić. Dobór kawałków jak dla mnie bardzo trafiony z otwieraczem w postaci „The Green And Black”, przy którym bas D.D. był szczególnie wyeksponowany i kolejne „Rotten To The Core”, „Wrecking Crew”, „Ironbound” czy choćby „Elimination”, które to zrobiły na mnie największe wrażenie. Kapela niezaprzeczalnie w dobrej formie, gromadząc tysiące fanów udowodniła, że na thrash’owym „podwórku” nadal się liczy, a tradycyjnym – zagranym dwukrotnie – „Fuck You” i cover’owym „Overkill” sprawili fanom wiele radości. Dobry koncert, oddana publika – po prostu warto było to zobaczyć!



W tym dniu przedzieranie się przez plac wypełniony tysiącami ciał stało się dla mnie normą. Nieszczęśliwie, niemal wszystkie koncerty, które chciałem zobaczyć odbywały się na przemian, na dwóch różnych scenach. Przejście w kilkanaście minut z jednego końca festiwalowego areału na drugi było nie lada wyzwaniem, odczuwalnym boleśnie w nogach. Ale czego się nie robi dla fachowych występów?!
O 17:00 zameldowałem się pod Party Stage, bo nie mogłem przegapić kolejnego, żeńskiego bandu jakim jest DELAIN. Ups…sorry, miało być, że na wokalu występuje tam kolejna, utalentowana piękność, Charlotte Wessels , właścicielka długich do nieba nóg. Pomijając kwestie estetyczne i inne, oczojebne doznania (ta figura, zmysłowość i fryz), DELAIN zagrali bardzo dobry koncert. Po tym, jak zabrakło ich na którymś z kolei Masters Of Rock, po raz pierwszy mogłem ich oglądać na scenie. Muzyka jaką proponują Holendrzy oscyluje gdzieś w powerowo-gotyckich klimatach, z dużą dozą melodii, sprawnym wykonaniem i szczyptą kiczu, widocznego niekiedy w podobnych kapelach. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo dobrze odbierało się ich występ. Pani Wessels biegała po scenie, machając rudą grzywą, że aż miło. Jej wokal na prawdę mocny, a umiejętności na tym polu stawiają ją niechybnie w czołówce śpiewających dam. Może brakuje jej trochę do Tarji Turunen, Sharon Den Adel czy też Simone Simons, niemniej z Floor Jansen mogłaby podać sobie rękę. Reszta kapeli, statycznie, rzemieślniczo, pozytywnie w każdym bądź razie, dała upust swoim muzycznym umiejętnościom, odgrywając swój spektakl w świetle dnia. DELAIN zagrali kilkanaście utworów, z czego najbardziej utkwiły mi w głowie „Go Away”, „April Rain”, „Virtue And Vice” oraz jeden z ostatnich numerów „Control The Storm”. Nie zabrakło również gościnnego akcentu w postaci George’a Oosterhoek’a, który wespół z Charlotte poryczał coś do mikrofonu w kawałkach „A Day For A Ghost” oraz „Silhouette Of A Dancer”. Średnio fajnie mu to wyszło, niemniej na szczęście po dwóch numerach zszedł na sceny i znów zrobiło się ładnie i pięknie he, he. Na koniec poleciało jeszcze „Pristine”, a koncert DELAIN można było uznać za zakończony.



I znów przyszedł czas na trochę gimnastyki, połączonej z przeciskaniem się przez zwały tłuszczu i inne cielska by zdążyć na kolejny punkt dzisiejszego programu, jakim był koncert W.A.S.P. Cholera, kiedyś jarałbym się jak młody, mając okazję zobaczenia ekipy Lawless’a, jednak obecnie zaczynam mieć w stosunku do nich odruch wymiotny. Dlaczego? Prosta sprawa. Identyczne, krótkie koncerty, niemal taki sam od „x” czasu dobór kawałków, wszechobecne pół playbacki (wokal!), nuuuuudne wstępy i wypełniacze oraz niekończące się, przedłużane na siłę solówki. Tak bynajmniej jest na klubowych koncertach W.A.S.P’a, jednak co pokazuje życie na festiwalach jest podobnie. Tym razem nie było inaczej. Znowu dostaliśmy przepiękne intro, które znużyłoby niejednego twardziela, a następnie – oczywiście (!) – „On Your Knees”. W zasadzie mógłbym sobie darować wymienianie tytułów i kolejności ich grania, bo ci z Was , którzy bywali w ostatnich latach na koncertach Amerykanów znają je dosłownie na pamięć. Wszystko odbywało się jak zawsze, groteskowy, opasły Blackie ubrany w geterki pomykał z gitarką, grając na zmianę to jakiś stary hicior, to wypełniacz w postaci milion razy powtarzanego refrenu, czy też „niekończących się zakończeń” he,he. Gość , o ile jak był młodszy pasowały do niego bardziej ekstrawaganckie wdzianka, teraz wygląda po prostu groteskowo. Generalnie straciłem chęć patrzenia na starszego pana, z grzywą lwa, któremu jajca – sorry wszystkich za wyrażanie się – wychodzą niemal ze świecących getrów. Przesadzam? Bynajmniej! Kto nie wierzy, nich spojrzy na poniższe zdjęcia. Owszem, nie zabrakło tu kilku niezłych kompozycji, a zwłaszcza świetnych „L.O.V.E. Machine”, „Wild Child”, „Chainsaw Charlie (Murders In The New Morgue)”. To w końcu bądź, co bądź klasyki W.A.S.P’a, jednak gdy słyszę jak Doug i Mike śpiewają w chórkach głosem Lawless’a (z taśmy…), to odechciewa mi się wszystkiego. Nie zmienia to jednak faktu, że tysiące ludzi świetnie bawiło się podczas ich występu, śpiewając razem z Blackie’m, zachwycając się dłuuuuugą solówką Blair’a w „The Idol”, czy też ostatnim, „niekończącym się”, „I Wanna Be Somebody”. Być może wielu z nich po raz pierwszy w życiu widziało Amerykanów , nie zdając sobie sprawy z pewnych „zagrań” kapeli. Dla mnie bynajmniej, koncert W.A.S.P’a przeszedł bez jakichkolwiek ekscytacji, a znając dobrze ich manewry, zadawałem w duchu pytanie: „Panowie, gdzie się podziała wasza radość z grania?”.



Z upływem dnia, przy coraz niższym słońcu koncerty na polach wackeńskich oglądało się coraz przyjemniej. O 19:30 Party Stage na całą godzinę opanowana została przez Skandynawów ze STRATOVARIUS’a. Żeby być dokładnym, nie zabrakło również jednego Niemca, jednak Jorg Michael – bo o nim tutaj mowa – walący w gary u niejednej kapeli, sam już chyba się gubi czy na daną chwilę jest Niemcem, Finem, Brytyjczykiem czy innym Auslanderem. Ale to mało istotne, najważniejsze przecież jak tym razem STRATOVARIUS wypadli na scenie. Powiem tylko, że było całkiem nieźle, bo jak tu się dobrze nie bawić przy „Hunting High And Low”, „Speed Of Light”, „ The Kiss Of Judas” czy „Paradise”? No po prostu te kawałki zawsze dobrze mnie nastrajają, przypominając najlepsze czasy STRATOVARIUS’a. Co prawda, nie jest to już ten sam zespół i wydaje mi się, że po definitywnym odejściu Tolkki’ego już nigdy nie będzie, niemniej sprawności, umiejętności technicznych i ogrania nie można im przecież odmówić. Kapela nadal błyszczy, może już nie tak bardzo, jak tytułowe czarne diamenty, o których lubi śpiewać, przy czym szybkich galopad Michael’a, wirtuozerskich gitar Kupiainen’a, czy szalonych klawiszy Johansson’a nie mogło tutaj zabraknąć. Tylko Kotipelto, jakby coraz bardziej odpuszczał, śpiewał tak sobie, bez rewelacji. To niestety nie jest już ten poziom sprzed 10-15 lat, co szczególnie było słychać w „zjadaniu” końcówek, zmienianiu tonacji i paru innych wpadkach. Nikt nie mówił, że śpiewanie jest proste, a zmęczenie organizmu i posuwające się do przodu lata uwidaczniały się tu jak na dłoni. Podsumowując, był to koncert udany, z dużą frekwencją i na prawdę dobrym doborem kompozycji. Na koniec wszyscy odśpiewaliśmy wspomniane wyżej „Black Diamond” i czym prędzej ustawiłem się do biegu na 400 metrów z przeszkodami, by zdążyć na EDGUY’a.



Dotarłem pod True Metal Stage chwilę przed pierwszymi dźwiękami koncertu Niemców, jednak głównie po to, żeby wskoczyć do fosy i pstryknąć kilka ciekawych zdjęć. W zasadzie moja obecność na koncercie EDGUY’a mogłaby się tutaj zakończyć, jednak chwilowo nie było nic ciekawszego do roboty. W EDGUY’u podobnie jak w przypadku wyżej opisywanych Finów, mamy niejaki spadek formy. Ok! Nadal dostajemy show zwariowanego Sammet’a i spółki, jednak to co grają od kilku lat, zmiana brzmienia i super luzackie podejście do muzyki jakie serwują, robi z nich trochę klaunów. Ja rozumiem, że można się wygłupiać, robić debilne teledyski, jednak miękkości i popu coraz częściej wrzucanego w płyty – począwszy od 2004 roku – bezpowrotnie zepsuło wizerunek tej kapeli. Nawet gościnny występ Marcus’a Grosskopf’a w dwóch numerach „Lavatory Love Machine” (co za shit!) i „Superheroes” nie zmienia faktu, że było miałko i „tak sobie”. Dla mnie liczyły się jedynie stare „Vain Glory Opera” (Hansi, gdzie jesteś?), „Tears Of Mandrake” i ostatni, grany tutaj kawałek „King Of Fools”. Reszta, bezpłciowa, przeleciała gdzieś bez znaczenia, rozpływając się w eterze. Instrumentalnie bez zarzutu, nieukrywana radość z grania i Sammet skaczący jak pajac na sznurkach – to najbardziej utkwiło mi w głowie. Za to praca całej obsługi technicznej, światła i nagłośnienie były czymś co szczerze należałoby pochwalić i na tym można by zakończyć temat koncertu EDGUY’a, na tegorocznym Wacken Open Air.



Ale to nie koniec atrakcji, jakie można było przeżyć na W:O:A 2010, bo dosłownie za kwadrans, na Party Stage zrobiło się cholernie ciężko i doom’owo. Przyszedł oto czas na występ CANDLEMASS, na który bardzo w tym dniu czekałem. Ciekaw byłem koncertowego oblicza Rob’a Lowe, znanego mi z Solitude Aeturnus, a zastępującego w roli krzykacza znakomitego Messiah’a Marcolin’a. Klimatyczne „Marche Funebre” – odegrane z taśmy – wprowadziło nas w grobowy nastrój, a zaraz po nim na scenę weszli znani wszystkim goście, którzy z kawałka, na kawałek wyczarowywali genialne wprost dźwięki. Poleciało „Mirror Mirror”, następnie „Dark Are The Veils Of Death” i zanim drugi z nich dobiegł końca wiadomo było, że występ starych doom’owców będzie mocny! Zachowanie Rob’a było przy tym dość osobliwe. Facet, snując się ospale po scenie strzelał takie miny, że raz wydawał się być „aniołem”, by zaraz potem pokazać facjatę demona, z wywalonymi do góry białkami. To było wręcz świetne, jego gestykulacje, pozy… naprawdę niezły pomysł na przyciągnięcie uwagi. Wokalnie, wzorowo dawał sobie radę. Pewnie, że nie było tej wielkiej mocy i głębi jaką dysponował Messiah, jednak Lowe, na swój sposób sprawdził się doskonale. Kawałki, choć w podobnie mrocznej stylistyce, atakowały nasze zmysły jeden po drugim i trudno było tutaj wyróżnić jakieś lepsze od pozostałych. Owszem, słuchając staroci pochodzących z „Nightfall” człowiek myślami wraca do czasów minionych, a i łezka w oku potrafi się zakręcić. Równie dobrze bawiłem się jednak przy nowszych „If I Ever Die”, „Hammer Of Doom” czy też „Emperor Of The Void”. Muzycznie, tak jak powinno być. Żołądek podchodził niekiedy pod gardło, a piekielny, sabbath’owski riff w wykonaniu Lars’a i Mats’a miażdżył wszystko niczym walec. Były i szybsze momenty jak choćby we wspominanym „If I…”, ale stanowiły jedynie ułamek całego występu, co chyba nikogo specjalnie nie dziwiło. Osobiście zabrakło mi tu kilku kawałków, które chciałem koniecznie usłyszeć, jak choćby „Black Dwarf” czy „Copernicus”, zważając jednak na specyfikę i festiwalowe prawidła, musiałem obejść się smakiem. Ciężka muza, czerwone światła, dym i piekielne oblicze Rob’a dawały radę, a ludzie zgromadzeni pod sceną mogli jedynie cieszyć się z możliwości zobaczenia kolejnego, nieprzeciętnego koncertu. Co ciekawe, podczas show CANDLEMASS nie zabrakło również humorystycznego elementu w postaci Rob’a czytającego teksty piosenek, z dupnego zeszytu, he, he. Facet często i gęsto pochylał się nad odsłuchami, odstawiając swój „czytany” teatr. Na koniec powyrywał kartki i rozdał je najbliższym fanom, udowadniając, że poczucia humoru i dystansu do siebie na pewno mu nie brakuje.



Ostatnią podróż na trasie Party Stage – True Metal Stage wykonałem w celu zrobienia zdjęć kapeli SOULFLY. Nie trawię tych gości, a gówniane krzyki „Blood Fire War Hate” i bezsensowna napierdalanka skutecznie popsuła mi humor na dobrą godzinę. Chwila odpoczynku i spotkanie z przyjaciółmi wypełniły mi czas do koncertu UDO Dirkschneider’a, którego, tak na marginesie, darzę wielkim szacunkiem. Ten człowiek, będąc legendą niemieckiego Heavy Metalu nadal gra dobre koncerty, co też bezwzględnie udowodnił w trakcie ponad godzinnego występu. 14 mocnych, otrzeźwiających – zważywszy na porę nocy – kawałków, bardzo dobrze korespondowały z ostrym głosem Dirkschneider’a. Dla ludzi takich jak ja, wychowanych na Heavy Metalu były to świetne chwile i nawet psująca się pogoda, z deszczem zacinającym po twarzy nie mogła tego zmienić. Koncert dość zróżnicowany, z niezłym rozstrzałem utworów jeśli chodzi o albumy, z których pochodziły, super nagłośnienie i światła, które tylko na największych festiwalach wyglądają tak imponująco i pięknie. Tej nocy, a może już ranka, najbardziej rozgrzały mnie Accept’owe covery, których było aż cztery, w tym „Metal Heart” (ta solówka!) i „Balls To The Wall”. Nie oznacza to bynajmniej, że przy rodzimych kompozycjach UDO bawiłem się gorzej. Co to, to nie! „Independens Day”, „Thunderball”, „Man And Machine”, „Animal House” czy też „Holy” skutecznie przypominały, na jakim jestem koncercie. Sam UDO, charyzmatyczny, biegał po wielkiej scenie nie oszczędzając się wokalnie, Stefan Kaufmann również wymiatał co fajniejsze partie, a reszta bandu, nie mając większego wyboru, dostosowała się poziomem do swoich starszych kolegów. Generalnie, koncert na prawdę udany, z masą dobrych kompozycji i klimatu, którego wiele kapel mogłoby im zazdrościć. Podziękowania, aplauz i słowa uznania kierowane pod adresem UDO, były ostatnimi, koncertowymi chwilami jakie spędziłem podczas tegorocznej odsłony Wacken Open Air.



Czy warto było tłuc się tysiące kilometrów, żeby zobaczyć „to wszystko”? Myślę, że tak. Dla ludzi stroniących od codziennych, klubowych koncertów W:O:A daje wspaniałą okazję nadrobienia „strat”, tym bardziej że nagromadzenie tylu świetnych kapel, wielu gwiazd jest tutaj nie do przecenienia. Tak dobrze zorganizowanych imprez, na taka skalę jest na prawdę niewiele i za to organizatorom należy się wielki plus! Niestety, minusem staje się tutaj coraz większe przepełnienie i „rozdęcie”, które moim zdaniem powinno zostać wyhamowane.
Mam nadzieję, że dotarliście do końca tego skrótu myślowego, obiecując jednocześnie, że następnym razem moja relacja będzie dużo dłuższa…(żartowałem, he,he…)

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk

Więcej zdjęć w dziale „Galeria”