ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE – 22.10.2010


W.A.S.P to kapela, na którą zawsze z przyjemnością przyjeżdżam. Nie, żebym był jakimś ześwirowanym fanem tej grupy. Po prostu wychowałem się na skrzeczącym głosie Blackie’go i co bardziej pamiętnych hitach grupy, których – mimo upływu lat – nie da się wyrzucić z głowy. Nowe longi Amerykanów, to już inna „bajka”, choć fluidy z „minionej epoki” nadal gdzieś tam pobrzmiewają. I choć tegoroczny, wackeński występ bandu nie zaliczam do specjalnie udanych, to ich klubowe oblicze, zawsze mi odpowiadało…

Zlin, Masters Of Rock Cafe, późne popołudnie. Będąc na parkingu przed klubem, zdziwiłem się nieco próbą innej kapeli, której w pierwotnych planach miało po prostu nie być. Zastanawiałem się przez chwilę, którą z czeskich kapelek wrzucono na support i już za chwilę okazało się, że wybór padł na…EAGLEHEART. Jak dla mnie, wybór całkiem niezły, choć jeśli miałbym wybierać, wolałbym Salamandrę.
Minęła 20ta, ludzi całkiem sporo w klubowej sali i zgodnie z planem EAGLEHEART wystartowali ze swym programem. I tu mała niespodzianka, bo oto za drugie wiosło chwycił Vojta Šimoník – wokalista grupy. Moje zdziwienie było tym większe, że chłopak dość sprawnie poczynał sobie w nowej roli, godząc grę ze śpiewaniem. Zaczęli tradycyjnie od „Into The Sky”, co okazało się najlepszym pomysłem na rozgrzanie publiki. Szybko, sprawnie, melodyjnie, po prostu powermetalowo. Co ciekawe, ta młoda kapela może poszczycić się niezłą popularnością, bo obserwując zachowanie fanów, ich brawa i inne oznaki aprobaty nie sposób tego przeoczyć. Dalej poleciało „Falling”, „Buried Alive” z debiutanckiej Ep-ki i chwytliwy numer „Damned By Yourself”, przy którym to zawsze, dobrze się bawię. Na scenie dość „ruchliwie”, Michal Kùs jak zwykle odstawiający wirtuozerskie popisy na Ibanezie wzbudzał aplauz i choć brakowało czasami gitarowych duetów z byłym grajkiem Martinem Klekner’em, Vojta starał się wypełnić tą lukę. W ciągu niecałych 50-ciu minut dostaliśmy trochę Stratovarius’a, trochę Helloween’a, a wszystko to okraszone innym HammerFall’em. Odtwórcze do bólu? Niby tak, ale czego to już nie wymyślono w naszej muzie?! Wszystko już było! Na szczególną uwagę zasługiwały tutaj wokalne partie Michala, który często wspierał Šimoník’a. Facet, nie dość, że obdarzony ciekawszą barwą, to i mocą (o ile dać mu się rozwinąć) kasował głównego wokalistę, chcącego czasami podrobić Kotipelto (niestety…z wątpliwym skutkiem). Generalnie Vojta mógłby dać sobie spokój z wyciąganiem na siłę co wyższych partii, bo psuje to nieco efekt całości. Większa współpraca z Michalem, przyczyniłaby się do uatrakcyjnienia ich koncertów, ale czy tak się kiedyś stanie, przekonamy się w przyszłości. Co dalej? Panowie rodem z Brna zapodali jeszcze kilka utworów, z czego na 100% rozpoznałem balladowe „Tears Of Rain”, przy którym ponownie usłyszeliśmy dobre świetne wokale Kus’a, dalej „Moment Of Life” i wałek kończący występ kapeli o wymownym tytule „Time Has Come”. EAGLEHEART w niezłej formie i z dobrym przyjęciem przez publikę MOR Cafe pokazali radosne oblicze Metalu. Nie było to może mistrzostwo świata, jednak wrażenie jakie zostawili po sobie było całkiem pozytywne.



Tradycyjna chwila rozprężenia, przeplatana pracą techników, z ustawianiem ekranów, kurtyn, rzutników itp. Czas spędzony na rozmowach z przyjaciółmi, modyfikacją sprzętu foto i paru innych sprawach. 21:15, przygasły światła, wyczekiwanie, a za chwil kilka na scenę wkroczyli W.A.S.P, w pełnej krasie. Ustawka plecami do fanów, kolejne chwile w bezruchu i już za moment, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „On Your Knees”. I od samego chyba początku szaleństwo udzieliło się wszystkim w MOR Cafe. Klub wypełniony niemal do ostatniego miejsca ożył w jednej chwili, publika krzyczała, skandowała i radośnie śpiewała tekst refrenu, wtórując przy tym Lawless’owi. Nie powiem, początek jak najbardziej udany, super przyjęcie, dobre nagłośnienie i kawałek idealny na otwarcie. Na scenie dynamicznie, szczególnie Doug Blair (gitara) i Mike Duda (bass) wiedli tutaj prym, zamieniając się miejscami, biegając po scenie i przyjmując charakterystyczne dla siebie pozy / „figury”. Taaak, nieźle się ich fotografowało, o ile autofocus nadążył z ustawieniem ostrości heh. Dalej, jeśli mnie słuch nie mylił, panowie z USA zaserwowali nam cover The Who (jak nie pomieszałem), by za minut kilka, prosto w twarz huknąć kawałkiem „L.O.V.E Machine”, pierwszym tego wieczoru, wielkim hitem W.A.S.P‘u. Tu po prosu nie można było się zawieść! Przebojowo, bombastycznie, z tekstami śpiewanymi przez fanów…czegóż chcieć więcej? No może większej ilości dobrych songów, których finalnie nie zabrakło na zlińskim koncercie?! Przyznam, że obawiałem się o kondycję Blackie’go, jednak okazało się, że po 45 minutach występu nie potrzebował „reanimacji” i innych dopalaczy, tak więc w sumie wyszło całkiem nieźle. Wokalnie całkiem dobrze sobie radził ten niemłody już muzyk, chodź ilość przeróżnych nakładek, sampli, dubli czy innych wypełniaczy kuło czasami w uszy. Niestety niekończące się finały utworów, czy inne, instrumentalne przeciągania były – jak dla mnie -nie do zniesienia i w pewnym momencie doszedłem do wniosku jaką rolę pełnią wspomniane wyżej ekrany. Tak! To była recepta na nudę!! Bo ileż można wysłuchiwać nudnych solówek, oglądając gościa targanego „konwulsjami” na scenie? Lepiej było w tym czasie przypomnieć sobie stare klipy podawane z projektora, co bynajmniej dla mnie wydawało się bardziej strawne. Nie zmienia to jednak faktu, że koncert, jako całość, był całkiem dobry, a dla zagorzałych fanów grupy z pewnością świetny, bo jak tu się nie cieszyć min. z takiego „Live To Die Another Day”, genialnego „Wild Child”, wzruszającego „The Idol”, czy energicznego „I Wanna Be Somebody”? No nie dało się po prostu nie machać czaszką, płakać czy też drzeć w piekłogłosy! Nie można było nie zauważyć świecących diodami (…lub z ruchomymi „piłami tarczowymi”) gitar Doug’a, czy też ogólnie dobrego zgrania całej kapeli. Klimat i zaangażowanie w to co robią także był nie do przecenienia. Niemniej życzyłbym sobie, żeby W.A.S.P trochę bardziej szanowali swych fanów i takimi akcjami jak wokale Lawless’a, którymi „śpiewają” w chórkach Blair i Duda nie kompromitowali się już więcej. To samo dotyczy schodzenia ze sceny Blackie’go i (ponownie!) Mike’a, którzy robią to podczas danego kawałka (gdy Doug wymiata solo), przy czym bass i podkład gitarowy nadal sobie „śmiga” w najlepsze. W takich chwilach zastanawiam się czy mamy tu, ŻYWĄ metalową sztukę, czy też występ „prawie na żywo”?!
Po obowiązkowej przerwie, na deser zagrali jeszcze „Chainsaw Charlie (Murders In The New Morgue)”, „Heaven’s Hung In Black” i kończący cały, koncertowy wieczór „Blind In Texas”.



Show, mimo swych mankamentów, na prawdę dobre, przy którym wielu fanów bawiło się co najmniej przednie. Czy warto było przyjechać do Zlina, na wyżej opisane koncerty? Oczywiście, że tak! A wszystkich tych, którzy nie widzieli jeszcze W.A.S.P na scenie polecam wybranie się na któryś z grudniowych występów tej grupy, tym bardziej że zagrają w Polsce.
Z metalowym pozdrowieniem…

Thomen

Tekst i zdjecia: Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego).


Więcej zdjęć w dziale “Galeria”