ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE 5.11.2010

W ostatnim miesiącu pobiłem chyba mały rekord w odwiedzinach Republiki Czeskiej. No wszystko fajnie, ale średnio co kilka dni w podróży nie do końca bywa przyjemne. Ale, ale…czy ktoś tutaj narzeka? Ależ skąd! (heh). Jakże bym mógł, tym bardziej, że każda droga i czas temu poświęcone są warte zobaczenia na scenie dobrej kapeli. Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z koncertem THERION’a, genialną mieszanką stylów i przepięknych wokali, to już w ogóle nie ma o czym mówić! Tu – w zlińskim MOR Cafe – trzeba było po prostu być! Bynajmniej dla mnie i Andrzeja stało się to swoistym obowiązkiem, po którym już nic nie pozostało – heh – takie same…

„Uff… grają tylko po pół godziny, to przeżyjemy!”…Takimi słowami mój kumpel i towarzysz podróży skwitował oczekiwanie na koncert gwiazdy wieczoru. Mnie również nie bardzo pasowało „przebijanie” się przez słabo znane mi kapelki, jednak jak się później okazało, nie było aż tak źle. Ludzi w klubie masę, w powietrzu czuć było niemal świąteczną atmosferę, a fani co rusz rozmawiający o THERION‘ie w coraz większym napięciu czekali na swój zespół. Impreza zapowiadała się na prawdę dobrze. Minęła 19:30, mrok, potem ciemność zapanowały w koncertowej części klubu i już za moment, na scenie pojawili się pierwsi muzycy dzisiejszego wieczoru. Z tego co mi było wiadomo, muzyka panów z LOCH VOSTOK oscylowała w klimatach Prog Metalu, z nutką agresji i czegoś, bardziej nieokreślonego, trudnego do zidentyfikowania. Na taką muzę nastawiłem się w ich wykonaniu i trochę się przeliczyłem, bo agresja i thrash’owa napierdalanka „zdeptała” tutaj wszystko. Sorry, Thrash’u to ja lubię sobie posłuchać, ale znam kilka lepszych kapel grających taką muzę i nie koniecznie LOCH VOSTOK było tym, co „tygryski lubią najbardziej” heh. Nie było jednak źle, bo w sumie dało się tego posłuchać, były progresywne „komplikacje”, czystsze wokale i klawisze różnicujące ich występ. Technicznie nie można było się do nich przyczepić, a wszystko to trzymało się po prostu kupy. Zagrali chyba sześć kawałków, z czego na 90% rozpoznałem „Dystopium”, „A Mission Undivine” oraz końcowy „Energy Taboo”.



Chwila przerwy połączona z bezproduktywnym „nic nierobieniem” i LEPROUS, kolejna kapela w dzisiejszej rozpisce, zaszczyciła nas swoją obecnością. Goście pochodzący z Norwegii, również z definicji „progresywni”, jeszcze bardziej zaszaleli niż ich poprzednicy. Łatwiej powiedzieć, czego w ich muzyce nie było niż wymienić wszystkie te wpływy i nawiązania jakie zawarli w swojej twórczości. Równie dobrze mogliby nazwać się „Muzyczną Wieżą Babel” i myślę, że ta nazwa bardziej oddawałaby to, co robią. Einar Solberg, charyzmatyczny frontman LEPRPOUS darł się w piekłogłosy, growl’ował, śpiewał czystym wokalem grając przy tym na klawiszach i kontrolując zarazem wszystko, co się wokół niego działo na scenie. Wyglądało to trochę komicznie, było dziwne a całe to zachowanie muzyka świadczyło niewątpliwie o ADHD i pewnie innych „schorzeniach”. Ogólnie, to co zaprezentowali LEPROUS to cholernie zakręcona mieszanka stylów, melodii, nienagannej techniki i czegoś co sprawiało, że pod koniec ich występu ten nastrój również i mnie się udzielił. Dostaliśmy tu wszystko, począwszy od Prog Metalu, Thrash’u, Hardcore’u, Heavy na gównianej, Nu Metal’owej stylistyce skończywszy. Nie zabrakło fajnych chórków w wykonaniu gitarzystów, Halvor Strand, basista grupy również pozostawił po sobie dobre wrażenie, a sześć kawałków, które zagrali minęło w oka mgnieniu. Słychać było, że pomimo młodego wieku członkowie LEPROUS są doświadczonymi grajkami, mającymi na koncie kilka wydawnictw i udział w kilku projektach, jak choćby w kapeli Ishan’a, muzyka znanego wszystkim z blackmetalowego Emperor’a. A co zagrali tego wieczoru w MOR Cafe? Tego chyba nikt nie wie, heh, a na poważnie jak mniemam min. „Phantom Pain”, „Dare You”, „White”, coś nowego z nadchodzącego longa i kawałek „Passing”. Przed 21:00 ich występ przeszedł do historii, a sama kapela otrzymała gromkie brawa i zeszła ze sceny.



Ja natomiast nie zamierzałem opuszczać swojego miejsca, tym bardziej, że warunki i widoczność z VIP-owskiego balkonu były w tym momencie nie do przecenienia. Ilość ludzi jaka wlała się do klubu podczas półgodzinnej przerwy robiła wrażenie. Atmosfera gęstniała z minuty na minutę, a techniczni uwijali się na scenie niczym mrówki. Aż w końcu przyszła ta przez wszystkich wyczekiwana chwila i na scenie skąpanej niebieskawym światłem pojawili się muzycy THERION’a! W cylindrze i fraku wyskoczył sam Christofer Johnsson, wyglądający trochę dziwnie z krótkimi włosami, reszta składu różnie… Katarina i Lori oczywiście odziane w stroje z epoki, to samo Thomas Vikström, a Snowy Shaw’, Christian Vidal i panowie odpowiadający za sekcję rytmiczną postanowili pozostać przy codziennym odzieniu. Koncert rozpoczęli od tytułowego kawałka z nowej płyty „Sitra Ahra”, przy którym ciarki dosłownie poczułem na plecach. Świetna muza, genialni wokaliści i od samego początku poziom wyniesiony na szczyty. Katarina od pierwszych nut zaczarowała mnie swym głosem, a Thomas ze swym zajebiście mocnym, czystym wokalem i Lori z operowymi partiami powalili mnie niemal na kolana! Jeśli jest jeszcze ktoś, kto uważa „Sitra…” za słaby album, to zapraszam na koncert THERION‘a. Jestem pewien, że po odsłuchaniu tej płyty na żywo (a bynajmniej jej części) największy chyba malkontent zmieni zdanie. Swoje trzy grosze wrzucił oczywiście i Snowy, którego nie mogło przecież zabraknąć. Nie wiem jak wy, ale nie wyobrażam sobie teraźniejszych koncertów THERION‘a bez tego gościa. Sympatyczny z niego jegomość, a i do tego operujący całkiem dobrym głosem, świetnie wpasowującym się w całość. „Vine Of Aluqah”, było kolejną, tym razem starszą propozycją zespołu, idealnie dopasowaną do dzisiejszego, wokalnego oblicza zespołu. Pewnie dopuszczę się teraz świętokradztwa narażając się przy okazji ortodoksom, ale dla mnie twórczość THERION‘a z ostatnich kilku lat, to najlepszy i najciekawszy okres tego zespołu. Oczywiście stare kawałki, od strony muzycznej równie mocno mnie kręcą, niemniej wokalnie obecny skład koncertowy (oraz trochę wcześniejszy, sprzed jakiegoś czasu) to po prostu mistrzostwo świata. Mocno zarysowane role, indywidualne części utworów śpiewane przez tych muzyków w połączeniu z chórami i innymi klasycznymi wstawkami jest czymś co po prostu wymiata! Gitary Christofer’a i nowego w szeregach grupy Christian’a nadal „kąsały” jak trzeba, co dobrze obrazował „Typhon”, pochodzący z longa „Lemuria”. Było dynamicznie, szybko z dobrze zaśpiewanymi tekstami Shawy’ego i Lori Lewis w głównych rolach. Ten kontrast operowych nut z niskimi partiami wokalnymi mógł się na prawdę podobać, co na każdym możliwym kroku (podczas całego koncertu) fani THERION‘a dawali im odczuć. Okrzyki aprobaty, gromkie brawa i skandowanie nazwy zespołu były tak naturalne i szczere, że wydawały się nie mieć końca. Co dalej? Aaa, tak…przyszedł czas na jeden z moich ulubionych songów, a mianowicie na „The Perennial Sophia”. Uwielbiam po prostu ten utwór, czczę niemal Lilję i Matt’a Leven’a , którzy w oryginale (?) wykonywali kiedyś ten cudowny kawałek. Katarina po raz kolejny pięknie i lirycznie zaśpiewała, a towarzyszący jej Snowy podołał powierzonej roli za co należały mu się brawa. Trochę gorzej niż zwykle przedstawiał się sam wystrój sceny. Trochę ascetyczny, w porównaniu do tego co widywało się w niedalekiej przeszłości, niemniej metalowe, półokrągłe poręcze miały chyba imitować balkony – czy co tam w zamyśle miał Christofer. Nie zabrakło keyboardu, zasłoniętego atrapą na wzór pianina, na którym często grała Lori, śpiewając przy tym swoje partie. Generalnie, to cały czas coś się działo, wszyscy byli w ruchu, a człowiek oglądający ów koncert nie mógł się po prostu nudzić. Wrażenia z odgrywanego przedstawienia były jak najbardziej pozytywne i to do ostatnich chwil występu. Jednym z fajniejszych momentów, było wykonanie „Hellequin”, kolejnego kawałka z ostatniej płyty kapeli. W jego drugiej części dziewczyny i Thomas założyli ozdobne maski, co – ponownie – wzbudziło aplauz wśród zgromadzonych fanów. W „Nifelheim” powiało starszymi czasami, „The Siren Of The Woods” czarował spokojnym klimatem i świetnymi wokalami Vikström’a i Lewis, a gitary Johnsson’a z ciekawym solo Vidal’a fajnie uzupełniały stworzony przez dwójkę wokalistów nastrój. Między innymi w tym kawałku Thomas zagrał na flecie poprzecznym, co też zalicza się mu na plus. Co tu dużo mówić…gość ma po prostu talent! Tej nocy THERION zagrali jeszcze wiele świetnych kompozycji, zahaczając o najciekawsze i chyba najbardziej koncertowe pozycje. Nie zabrakło tutaj „The Voyage Of Gurdjieff (The Fourth Way)”, „Ljusalfheim”, klasycznego „Dies Irae” Mozarta, ostrego „Ginnungagap”, „Kali Yuga” i „Call Of Dagon”, przy których znowu „błyszczała” Katarina. Ze wszech stron zliński koncert THERION‘a był prześwietnym występem, nie mającym praktycznie słabych stron. Pomijając małe zaangażowanie naszego rodaka Waldka Sorychta, wspomagającego ich koncertowo na basie, wszystko było dopięte na „ostatni guzik”! Z kawałka na kawałek cieszyłem się tym występem jak dzieciak, bawiąc się najlepiej pod koniec. Dramatyczne „The Blood Of Kingu”, stonowana „Lemuria”, „Abraxas” czy „Unguentum Sabbati” z główną rolą Shaw’a wszystkich chyba rozpaliły do temperatury wrzenia. Finalnie, w formie bisów dostaliśmy jeszcze popisowe „The Rise Of Sodom And Gomorrah” i bardziej niż oczywiste „To Mega Therion”, zapowiedziane przez samego szefa zespołu („…mam dla was trzy słowa – „To Mega…”).



Po niespełna dwóch godzinach THERION zakończył swój występ żegnany ogromem oklasków, okrzykami, skandowaniem, zapewniając sobie wdzięczność i uwielbienie fanów. Dla mnie był to wielki dzień, bo po raz kolejny mogłem zobaczyć jedną z moich ulubionych i najbardziej wartościowych kapel. Jedno jest pewne, że ów klubowy koncert był jednym z najlepszych jakie widziałem w ostatnich latach i myślę, że do końca tego roku żadne, inne show „nie da mu rady”.
Z metalowym pozdrowieniem i do następnego razu…

Tekst i zdjęcia: Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego)

Setlista:

„Sitra Ahra” , „Vine Of Aluqah”, „Typhon”, „The Perennial Sophia”, „Hellequin”, „Nifelheim”, „The Siren Of The Woods”, „The Voyage Of Gurdjieff (The Fourth Way)” „Ljusalfheim”, „Dies Irae”, „Ginnungagap”, „Kali Yuga”, „Call Of Dagon”, „Clavicula Nox”, „Enter Vril-Ya”, „The Blood Of Kingu”, „Lemuria”, „Abraxas”, „Unguentum Sabbati”, ENCORE: „The Rise Of Sodom And Gomorrah”, „To Mega Therion”.

Więcej zdjęć w dziale „Galeria”