ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE – 25.10.2010

 

Październik był dla mnie dość intensywnym czasem, gdzie w koncertach metalowych można było przebierać do woli, znajdując coś dla siebie. 7-go Tarja, 22-go Wasp, a trzy dni później dane mi było przyjechać na kolejną, czeską imprezę z fińskim TAROT’em w roli głównej. No cóż… „Metalowa Jesień” u naszych sąsiadów w natarciu, a mnie nie pozostało nic innego jak przeżyć kolejne show, zrobić zdjęcia i napisać tą krótką relację…

Tym razem nie znałem supportu, który otwierał dzisiejszą imprezę. Na temat THE MAN-EATING TREE wiedziałem jedynie, że pochodzą z Finlandii, grają atmosferyczny, „gotycki” Metal, a założycielem grupy jest niejaki Vesa Ranta – pałker znanego i nieodżałowanego w pewnych kręgach SENTENCED. Niby wiedziałem, czego się spodziewać, przygotowałem nawet chusteczki, żeby rzewnie zapłakać, gdy przyjdzie odpowiednia pora, a i „nastrój” dopisze. Ludzi przybyłych do klubu jak „na lekarstwo”, choć i tak więcej niż zakładałem, minęła 20:00, a z głośników uderzyły pierwsze dźwięki. Przyznam się bez bicia, że to co usłyszałem było całkiem znośne i od razu wpadało w ucho. OK! Rewelacji – umówmy się – trudno w tym było „wypatrzeć”, ale klimatu i melancholii nie brakowało. Wokalista grupy Tuomas Tuominen obdarzony ciekawym, czystym głosem wczuwał się w swoją rolę, choć czasami denerwowało w nim zawodzenie – zupełnie tu niepotrzebne. Muzyka, którą grali THE MAN-EATING TREE, była dość zróżnicowana, choć konstrukcja samych utworów bazowała przeważnie na wolnych wstępach i klimatycznym środku, by na końcu nieźle przypierdolić mocą, budząc przy okazji tych, którzy w między czasie wpadli w drzemkę. Mnie to odpowiadało, a słabe światła i półmrok, panujące na scenie wpisywały się w tą dołującą nieco atmosferę. Wszystko to cholernie statyczne. Janne Markus pogrywający na wiośle stał praktycznie w miejscu, Tuomas machną parę razy grzywą przy cięższych rytmach, a Mikko Uusimaa grający na basie pospacerował trochę po scenie i na tym skończyły się ich „szaleństwa”. Celowo pominąłem tutaj Heidi Määttä, hipnotycznie gnącą się przy swoich klawiszach piękność (siedząc) i Vesa, który na brak ruchu akurat nie mógł narzekać. Wszystko to sprawiało jednak wrażenie jakiegoś porządku, „celowości”, po prostu…TAK MIAŁO BYĆ! Nie znając kompletnie ich materiału i biorąc pod uwagę, że swój debiut („Vine”) wydali jakiś miesiąc temu, tytuły kawałków granych podczas koncertu trudno mi było zidentyfikować. THE MAN-EATING TREE zagrali bodajże sześć utworów, w tym na pewno „Instead Of Sand And Stone”, „ This Longitude of Sleep”, „Of Birth For Passing” i „Out Of The Wind”. Mimo słabej frekwencji zostali dobrze przyjęci przez publikę, a po 45 minutach zeszli ze sceny i udali się na klubowego browara, tudzież inną śliwowicę.



Cholera, te przerwy między kapelami czasami potrafią zirytować człowieka, jednak cieszyć się należy z tego, że wszystko i tym razem poszło zgodnie z planem. Po mniej więcej półgodzinnym oczekiwaniu, do sali koncertowej MOR Cafe przybyło trochę więcej ludzi, bo oto TAROT, gwiazda dzisiejszego wieczoru, wyłonili się z backstage’u. Panowie spod mistycznej nazwy przywalili od samego początku niezłym akcentem, w postaci „Sleep In The Dark”. Ciężar, moc, dołujący bass i te wokale… Kurwa, co za czad! Duet Marco Hietala – Tommi Salmela na prawdę rządzili i to od pierwszych chwil występu. Tak dobrze zaśpiewanego koncertu, a szczególnie w duecie, to dawno nie wydziałem. Co ja mówię, w zasadzie nie znam drugiej takiej kapeli, by w taki sposób dwóch, praktycznie równoprawnych wokalistów tak świetnie się uzupełniało! Dwa różne głosy, dwie odmienne barwy i jeden cel… Heavy-Metal! Świetne nagłośnienie, bardzo bobrze słyszalne instrumenty – brawa dla technicznych. Praktycznie od pierwszych minut cała publika znajdująca się w klubie wiedziała, że będziemy tu mieli niezłe show, z poziomem szczytującym w kosmos. „I Walk Forever” poleciało jako drugie, z charakterystycznym, spokojnym początkiem, by później rozwinąć się w mocny, choć nieco stonowany song z wpadającym w ucho refrenem. I znowu te przeplatające się wokale, ciężkie riffy gitarowe drugiego z braci Hietala, Zachary’ego i klawisze, które dopełniały całości. Nie da się ukryć, że były one integralną częścią całego występu, lecz w jak najbardziej pozytywnym słowa znaczeniu. Tommi, obok śpiewania pogrywał na keys’ach , a wspomagał go Janne Tolsa (choć powinienem powiedzieć, że było na odwrót, gdyż Janne od 1988 gra nieprzerwanie w tej kapeli, dużo wcześniej niż Salmela). Czy przez to było „cukierkowo”, „śmierdziało popeliną”? ABSOLUTNIE NIE!
Kto zna, ten wie, że muzyka TAROT‘a jest specyficzną mieszanką Heavy, z elementami technicznego, progresywnego Metalu i innymi wpływami, które stanowią o swoistej „wyjątkowości” tej grupy. Potrafią przypierdolić takim „Satan Is Dead”, czy „Crows Fly Black”, które zapodali w następnej kolejności, by zaraz potem zagrać „Tides”, z genialnym wręcz, melancholijnym początkiem. To przy tym kawałku Marco zyskał chyba największe uznanie i aplauz fanów. Świetne wokale, spokój połączony z powerem i ten feeling – nie do podrobienia. Przy „Calling Down The Rain”, znowu dostaliśmy refren, którego nie łatwo będzie się pozbyć z głowy, „Hell Knows” z hipnotycznym, ponurym klimatem i niezłym solo Zachary’ego również dawało radę a i cover’u Blue Oyster Cult „Veteran Of Psichic Wars” także nie zabrakło. Jedno jest pewne, że nikt z fanów TAROT‘a nie mógł narzekać na brak zróżnicowania. Pod tym względem było na prawdę dobrze, a jeśli dodać świetny kontakt kapeli z publiką, wszystkie te żarty Marco, śmieszne zapowiedzi i ogólny luz panujący między muzykami, to choć w części możecie sobie wyobrazić, jaka atmosfera panowała na koncercie. I wszystko to bez wódy – a przynajmniej na koncercie – co w przypadku Hietali jest niezłą nowiną (facet pił mineralną(!) heh). No cóż, wszyscy się starzejemy i wątroba nie tak świeża jak 10 lat temu heh. Po cover’owym rozprężeniu przyszedł czas na „Pyre Of Gods”, następnie wolniejszy „Rider Of The Last Day” i dynamiczny „Crawlspace”, po którym TAROT zeszli ze sceny. Wiadomym było, że na koniec dostaniemy jeszcze bisy, a zapowiedzią tego było wyjście Zachary’ego z papierosem w zębach i odegranie krótkiego solo na wiośle. Koncert zakończyły dwa utwory „Warhead” i killer w postaci „Traitor” – jeden z moich ulubionych kawałków grupy.
Finalnie, tuż przed zejściem ze sceny panowie pośmiali się jeszcze trochę odstawiając scenkę rodzajową z „tańcem” i jajcarskim przyśpiewkami.



Szacunek! To właśnie słowo mnie i Andrzejowi nasuwało się na usta po obejrzeniu TAROT‘a. Wiele koncertów widziałem, na wielu bywam niemniej rzadko się zdarza, żebym aż tak dobrze bawił się podczas muzycznego show. Zróżnicowanie, umiejętności i genialne zgranie tej kapeli wręcz urzekało i tak sobie myślę, że czeski koncert TAROT‘a był jednym z najlepszych, klubowych gigów jaki widziałem w ostatnich latach. Wszyscy ci, którzy nie byli mają czego żałować, a mnie pozostało wypatrywać kolejnych koncertów tej fińskiej grupy…

Tekst i zdjęcia: Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego)

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”