ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE 01.03.2011

Po dłuższej przerwie i swoistym „odpoczynku” przyszedł w końcu czas na rozpoczęcie nowego sezonu koncertowego. Gdzież go lepiej zacząć niż w zlińskim Masters Of Rock Cafe? Jako zwolennik i wielki fan czeskich koncertów 1 marca 2011 roku wraz z kumplem pojechałem na nieźle zapowiadającą się imprezę. Koncert o tyle ciekawy, że dający możliwość zobaczenia na żywo kapeli, której kilkanaście lat temu bardzo kibicowałem. O kim mowa? O Włochach z power metalowego LABYRINTH! Przyznam bez bicia, że nigdy wcześniej nie widziałem ich na scenie, a jedynie przypuszczać mogłem, iż na żywo dają niezłego czadu. Pierwsze dwa pytania, jakie nasuwały się na usta to w jakiej obecnie formie są panowie Thorsen i Tiranti, oraz czy zagrają moje ulubione „In The Shade” i „Moonlight”? To mnie nurtowało, a wszystko inne było drugorzędne i zupełnie nie liczyło się na tamtą chwilę…

To samo miasto i miejsce tradycyjnie już przyciąga fanów ciężkiego grania. Lekkie zdziwienie ogarnęło mnie gdy zobaczyłem ilu ludzi przybyło tego dnia do Masters Of Rock Cafe. Szczerze, to nie spodziewałem się by SONATA ARCTICA, główna gwiazda wieczoru, ani tym bardziej Labyrinth mogli przyciągnąć tylu ludzi, a tu taka niespodzianka! Rozkład jazdy, prosty i czytelny mówił w jakiej kolejności zagrają kapele, a pierwszą z nich mieli być pochodzący z Vicenzy 4th DIMENSION. Cóż zaproponowała, ta mało znana grupa? Bardzo przeciętny Power Metal z ubogim instrumentarium oraz z jeszcze słabszymi, nieczystymi wokalami niejakiego Andrei Bice’go. Generalnie, jak dla mnie było to stracone pół godziny, a coraz to słabsze kompozycje i nieciekawe wykonanie irytowały mnie z minuty na minutę. Widać było jak na dłoni, że młodzi Włosi nie są ograni na żywo, a ich sceniczne dokonania ograniczają się do bardziej lub mniej poprawnego odtworzenia swoich kompozycji, takich jak „Goldeneyes” czy „Angel’s Call”. Cóż z tego, że było melodyjnie? Niestety tym razem to nie wystarczyło, a swym koncertem 4th DIMENSION udowodnili dobitnie jak daleko im do rodaków z Rhapsody Of Fire, Vision Divine czy choćby Labyrinth.



Skoro już po raz kolejny wspominam ekipę Olafa Thorsen’a, to właśnie owa grupa jako druga zagościła na klubowej scenie. Powiem Wam, że przez kolejnych 40 minut działo się na prawdę wiele, bez ściemy, pójścia na łatwiznę i rutyny. Jeśli ktoś uważa, że włoski / europejski Power Metal to jedynie cukierkowa muzyka dla nastolatków, będąc na koncercie LABYRINTH nieźle by się zdziwił! Moc, siła, potężna sekcja i czysty profesjonalizm jakim uraczyli nas ci sympatyczni panowie były nie do przecenienia. Ktoś mógłby zapytać „…a czym tu się podniecać?”. Hmm… może wokalami Roberto Tiranti’ego, śpiewającego jak za starych, dobrych czasów, porywającego do zabawy zgromadzoną po brzegi publikę? A może genialnymi zagrywkami Thorsen’a, z dużą dozą melodii, agresji i ultra szybkiego shreding’u, udowadniającego tym samym, iż na rzemiośle gitarowym zna się co najmniej świetnie? Jak dla mnie zachowanie i forma choćby tych dwóch muzyków wystarczyłaby za rekomendację dla całego zespołu, niemniej reszta kapeli była w nie gorszej formie. Włosi wykonali kilka utworów takich jak „The Shooting Star”, „New Horizons”, „A Chance” czy też „Sailors Of Time”, przy czym wszystkie wspominam bardzo miło. Praktycznie żadna, z tych kilku kompozycji nie była słaba, a mistrzowsko zagrane, „moje” „In The Shade” i kończące występ „Moonlight” do czerwoności rozgrzały przybyłych na koncert fanów. Luz i radość z grania również miały ogromny wpływ na odbiór występu LABYRINTH. Rob, biegając po scenie znajdował czas na pstrykanie zdjęć publiczności, wygłupy z Olafem czy też zaczepianie Andrei, niezłego – nota bene – klawiszowca grupy. Co charakterystyczne i znamienne, Tiranti mogąc wielokrotnie odpuścić sobie „górki” i trudniejsze zaśpiewy nie robił tego, popisując się jeszcze większą mocą, drzemiącą w jego gardle! Szok…facet po prostu rządził! Z czystym sumieniem mogę przyznać, że po krótkim koncercie jaki dali tego wieczoru, LABYRINTH wiele zyskali w moich oczach. Myślę również, że inni uczestnicy tego koncertu z chęcią powrócą do ich muzyki, a i sama kapela zyskała nowych fanów. Żałuję tylko, iż razem z chłopakami nie zagrał Andrea Cantarelli, drugi gitarzysta grupy. Nie mam pojęcia, jaka była przyczyna jego absencji, niemniej mam nadzieję, że następnym razem wystąpią w komplecie.



Jak dla mnie wieczór mógłby się już zakończyć bo wiedziałem, że nikt i nic nie „przebije” dzisiejszego występu Włochów, a już na pewno nie uczyni tego SONATA ARCTICA, będąca ostatnio w spadkowej formie.

Chwila oddechu, małe przegrupowanie i za moment w sali koncertowej zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno. Scenografia uległa lekkim zmianom, sama scena zyskała na wielkości, a cechą charakterystyczną – obok wiszącej kurtyny z logo SONATY i rysunkiem wilków – stały się dwa rzędy diodowych lamp i innych halogenów skierowanych wprost na publikę. Wystrój ten, choć z początku wzbudzający zainteresowanie, okazał się największą „porażką” Finów, do czego wrócę już za moment. I tak oto minęła 22:00, popiskiwania podnieconych niewiast wezbrały na sile, a z głośników popłynęły pierwsze dźwięki z repertuaru Arktycznej Sonaty. Ekipa Tony’ego Kakko (nie licząc intro) swój koncert zaczęła od „Flag In The Ground”, przechodząc następnie do „Last Amazing Grass” i „Juliet”. Sorry, ale co to kurwa jest? Bo na pewno nie SONATA ARCTICA, którą lubiłem i ceniłem swego czasu! Gdzie się podziały te ciekawe melodie, gdzie szybkość, dynamika i chwytliwe wokale, tak charakterystyczne dla tej kapeli? Oglądając ich w pierwszym dniu marca 2011 roku miałem wrażenie, że wszystko to co było ciekawe i fajne gdzieś po prostu wyparowało, a ich miejsce zajęła „nowa jakość” z NUDĄ i wtórnością na czele. Tony śpiewający jakoś „nosowo”, „beblający” teksty nowych utworów (klęcząc co chwilę…) nie wydawał się już być tym samym muzykiem co wcześniej. Co prawda, to on wziął na siebie pociągnięcie całego show, zabawiając publikę NUDNYMI opowiastkami o swoich samochodach, dziewczynach i innych, fascynujących rzeczach. Reszta kapeli statycznie i rzemieślniczo wykonywała swój plan (Marko jak „przybity” przez cały koncert stał w jednym i tym samym miejscu), przy czym nawet Henrik Klingenberg, klawiszowiec grupy, odpuścił sobie jakąś większą aktywność. Jasne, bywały też i lepsze momenty, do których zaliczyć można wykonanie takich kawałków jak „Replica”, „Victoria’s Secret”, „Blank File” czy też równie starego „Full Moon”, szkoda tylko, że zabrzmiały jakoś bez wyrazu i „na pół gwizdka”. Niechlubnym dopełnieniem koncertu SONATY stało się wspomniane wyżej oświetlenie. Niestety, ten kto je ustawiał, musiał być niespełna rozumu, bo jak inaczej nazwać fakt, gdy przez większość koncertu prosto w twarz dostajemy milionem lumenów, przeplatanym stroboskopami oraz wsiowymi wzorkami emitowanymi przez LEDowe lampy? Po prostu „żyć, nie umierać…”. Zamiast skupić się na koncercie i innych doznaniach, każdy fan z przymrużonymi oczami „oglądał” cienie muzyków majaczące gdzieś na tle reflektorów. Co jeszcze usłyszeliśmy podczas setu Finów? Kilka słabych lub nijakich kawałków min. łzawe „As If The World” czy też „Paid In Full”. Na dokładkę panowie z Północy dołożyli nam „Caleb’em” i „Don’t Say A Word”, by na koniec pożegnać się z wszystkimi przy dźwiękach swojskiej „Vodki”.



Mimo rozczarowania jakie przysporzyła SONATA ARCTICA, całość imprezy postrzegam pozytywnie. Najważniejsze, iż organizacja – tradycyjnie już – nie zawiodła i wszystko dopięte zostało na „ostatni guzik”. Dobre nagłośnienie, sympatyczna atmosfera i mili ludzie dookoła – czegóż chcieć więcej?! Może kolejnego koncertu LABYRINTH, tym razem w pełnym składzie?! Czemuż by nie?!! Tego sobie i Wam również życzę…

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk

(specjalne podziękowania dla Andrzeja Nowakowskiego za wsparcie!)

Więcej zdjęć w dziale „Galeria”