ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE – 05.03.2010

To już dla mnie tradycja, że na koncert RAGE’a muszę obowiązkowo przyjechać, o ile grają w jakimś fajnym miejscu, z szansą na dobre nagłośnienie. Takim miejscem, jest na pewno czeski klub Masters Of Rock Cafe, znany nie od dzisiaj z organizowanych tam koncertów. Pewna ekipa, sprawny samochód i do przejechania zaledwie 200 km…Czegóż chcieć więcej do szczęścia? Może jedynie lepszej pogody…?

Podróż jak zawsze udana, chociaż warunki na drodze – tym razem – nie rozpieszczały. Do Zlina dojechałem na 2 godziny przed czasem, mając chwilę na rekonesans, spotkanie z czeskimi przyjaciółmi oraz możliwość rozmowy z kolegami z Polski. W klubie zastałem miłą atmosferę, dobrą muzykę oraz świetnie zaopatrzone stoisko z różnego rodzaju gadżetami związanymi z występującymi kapelami. Co ciekawe, wszyscy ci, którzy pojawili się tego wieczoru na koncercie RAGE‘a, mieli możliwość zakupienia min. t-shirt’ów z grafikami pierwszych płyt zespołu (koszulka z czasów „Perfect Man” zarządziła! Heh…).

Z upływem czasu ludzi przybywało coraz więcej, w klubie zrobiło się tłoczno, a kilkanaście minut przed 20tą brama do koncertowej części obiektu stanęła otworem. Jako pierwsi zagrali JADED HEART, co też było dla mnie nie lada niespodzianką.



Byłem pewien, że kapela ta zagra zaraz przed główną gwiazdą wieczoru, okazało się jednak, że czeski SEVEN, miał większą siłę przebicia niż niemieccy koledzy (swoją drogą nie powinno mnie to dziwić, zważając na ilość płyt wydanych przez SEVEN i popularność założyciela grupy…ale o tym później). Co przygotowali JADED HEART? Kawałek dobrej muzy, łączącej w sobie Hard Rocka z melodyjnym Heavy Metalem, przez co słuchało się tego nadzwyczaj dobrze. Johan Fahlberg, wokalista kapeli od samego początku załapał dobry kontakt z publicznością i wydawał się być mocno wyluzowany i jednocześnie wesoły. I nie dziwię się gościowi, że dobrze się czuł na scenie, bo z takim wokalem – czystym i mocnym jednocześnie – również i moje samopoczucie byłoby dobre. Od samego początku JADED HEART zaserwowali nam fajne kawałki, takie jak „Love Is A Killer” i „Fly Away”, podczas których Fahlberg „biegał” po scenie w swym kapeluszu, wygłupiając się przy tym z Michael’em Muller’em, charyzmatycznym basistą kapeli. Wydziarani na rękach i uśmiechnięci stanowili niezły duet, tym bardziej, że Muller udzielał się często w chórkach, wzbogacając swym głosem szczególnie refreny. Kolejnymi utworami, jakie rozpoznałem, były „Justice Is Deserved”, „Somewhere” (?) oraz jakiś song, którego nie umiałem zidentyfikować. Za mięsiste riffy odpowiadał Peter Ostros, młody muzyk ,który specjalnego wrażenia na mnie nie zrobił, jednak dawał radę pokazując nieco gitarowego rzemiosła. Razem z nim Henning Wanner, ukryty gdzieś w cieniu dokładał coraz to nowe zagrywki na swoich klawiszach, by z Axel’em Kruse, perkusistą bandu przejść do „Hero” i kończącego występ utworu – „Freedom Call”. JADED HEART zagrali naprawdę dobry koncert, pokazując na co ich stać. Miło jest widzieć pierwszy raz na żywo kapelę i od razu wyrobić sobie o niej jak najlepsze zdanie.

Chwila odpoczynku, kilka uwag wymienionych z przyjaciółmi i już za chwilę na koncertowym podium zawitali SEVEN, kolejni bohaterzy dzisiejszego wieczoru.



Cóż mogę powiedzieć o tej doświadczonej w boju kapeli? Na upartego niezbyt wiele ponadto, że było to moje drugie spotkanie z tą grupą. W 2009 roku, na zeszłorocznej edycji Masters Of Rock SEVEN zagrali na małej scenie, gdzie około dwustu osób obserwowało ich dokonania. Czesi przez ostatnich kilkanaście lat nagrali sporo płyt, przy czym gitarzysta bandu, niejaki Jan ‘Kirk’ Bihunek znany ze swoich sporych umiejętności udzielał się w wielu projektach, współpracując min. z Doro, Tarją Turunen czy rodzimym Kreyson. Tego wieczoru panowie prezentowali dość różnorodną mieszankę muzyczną, oscylującą gdzieś pomiędzy tradycyjnym Metalem, Rock’iem Progresywnym z bardziej nowoczesnymi inklinacjami. Szczerze, to nie bardzo podobała mi się ich muzyka, która jak na mój gust brzmiała zbyt nowocześnie, ocierając się momentami o Nu Metalową stylistykę z dziwnie – niekiedy – brzmiącymi wokalami. Nawet wirtuozerskie popisy Jana nie były mnie w stanie przekonać do jego kapeli, włącznie z momentami gdy na swym Ibanezie wymiatał solówki za pomocą elektrycznej wkrętarki do kołków! (zapraszam do galerii). Obiektywnie muszę dodać, że SEVEN podobali się zgromadzonej w klubie publice, która śpiewała razem z kapelą teksty kawałków, takich jak „Forbidden Island”, „Following You”, „Lost Hero” czy też „Magnificent Seven”. Zaprezentowali również całkiem nowy utwór zatytułowany „The Whales Sin”, a kawałkiem „Midnight Circus” zakończyli swój niespełna 50-cio minutowy koncert.

Występ Czechów nie powalił mnie na kolana i w sumie cieszyłem się „że to już koniec”. Oznaczało to bowiem, że za paręnaście minut na scenie pojawi się gwiazda dużego formatu, jaką z pewnością jest zespół RAGE.



Uwielbiam i słucham tej kapeli od wielu, wielu lat i nigdy się na nich nie zawiodłem. Owszem, zaliczam się do krytyków ich obecnego stylu, a raczej gitarowej wirtuozerii Victora Smolskiego – która nijak się ma do starszych wcieleń zespołu – jednak patrząc na „całość” kapeli, ich fenomenalne zgranie, jestem mu w stanie wiele wybaczyć (heh, heh…). Peavy z ekipą pojawili się kwadrans po 22 i od samego początku dali czadu, dokładnie tak, jak to mają w zwyczaju, zaczynając od nowego utworu „The Edge of Darkness”. Nie mogli chyba wybrać lepszego „wałka” na rozgrzewkę, a poziom energii i adrenaliny wśród ludzi wzrastał z prędkością światła. Cóż, energii tym nie najmłodszym już muzykom na pewno nie brakowało, a ich heavy/progresywno/thrashowe wymiatanie nie mogło się po prostu nie podobać! To jest właśnie genialne w tym zespole, że potrafi połączyć ciężkie i niekiedy czysto thrashowe elementy swojej muzyki z cholernie melodyjnymi klimatami, uwidacznianymi z reguły w refrenach. Tym razem nie było inaczej. Z siłą „wściekłości” przeskoczyli do następnego kawałka „Hunter And Prey”, jeszcze bardziej przebojowego i jak na Strings To A Web Tour 2010 przystało, pochodzącego z ostatniej płyty. Smolski, grając na swym wiośle wyczyniał jak zwykle kosmiczne zagrywki, których 80% gitarzystów do końca swych dni nie będzie w stanie opanować, ciesząc się przy tym jak dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. Facet jest po prostu mega utalentowany, przy tym klasycznie wykształcony i przystojny, co nie jest bez znaczenia dla lasek wzdychających do niego podczas koncertów. Co ważne, razem z Wagnerem i André Hilgers’em łojącym na garach stanowią doskonałe trio, będące genialną maszyną do „zabijania”, której tryby zmielą wszystko i wszystkich, wypluwając przy tym świetne kompozycje! Jeśli ktokolwiek raz widział RAGE’a na scenie, ten nie będzie się już dziwił, że nie ma tu drugiej gitary. Zresztą sam Peavy jest zdania, że nie zna takiego gitarzysty, który potrafiłby grać z Victorem jak równy z równym…i trudno się z tym nie zgodzić. Następnymi kompozycjami jakie dostaliśmy dzisiejszego wieczoru, były kolejnymi z promowanego przez „Niemców” albumu, przy czym spokojniejsze „Into The Light” pozwoliło nabrać nieco więcej oddechu, a „The Beggar’s Last Dime” znowu wprowadził nas w niezłą zadyszkę (ach…te świetne przed-refreny). Fani przybyli na koncert RAGE‘a wypełniali MOR Cafe aż miło, świetne nagłośnienie było nie do przecenienia, a światła w odróżnieniu od polskich, klubowych realiów waliły po oczach, dając szansę na wykonanie ciekawych fotografii (efekty widoczne w mojej galerii, do której serdecznie zapraszam). W dalszej części występu nie zabrakło odniesień do albumów „Carved In Stone” („Drop Dead”), „Welcome To The Other Side” („Straight to Hell”), „Black In Mind” („Alive But Dead”) i „Trapped” ze starym hiciorem zatytułowanym „Medicine”. Setlista tym razem nie była tak przewidywalna jak to wcześniej bywało, co stanowiło dla mnie niezłe urozmaicenie, a brak wykonania „Higher Than The Sky” uważam za małą sensację heh, heh… Czasami dobrze jest posłuchać innych niż „zawsze” utworów i tym razem właśnie mieliśmy taki koncert, szczery, dosadny i przy tym niezwykle ciekawy (gościnnie na wiośle zagrał nawet wspominany wyżej Jan Bìhunek, prywatnie przyjaciel Victora). Na koniec poleciały jeszcze „Set This World On Fire” oraz „Down”, będące wspomnieniem po longu „Unity” i po niecałych 90-ciu minutach koncert RAGE‘a dobiegł do zasłużonego końca.

Czy warto było po raz n-ty przyjeżdżać na Peavy’ego z zespołem? Dla mnie odpowiedź jest prosta – oczywiście że tak! A kto nie był na zlinskim show RAGE‘a, niech żałuje, bo wiele stracił…

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego)

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”.

Setlista RAGE:

1. The Edge of Darkness
2. Hunter and Prey
3. Into the Light
4. The Beggar’s Last Dime
5. Drop Dead – Carved In Stone
6. Empty Hollow
7. Straight to Hell – Welcome To The Other Side
8. Saviour of the Dead
9. Medicine – Trapped
10. Alive But Dead – Black In Mind
11. Purified
12. Set This World On Fire
13.Down