KRAKÓW, KLUB STUDIO – 14.02.2010

Kto mnie zna, to wie, że na polskie koncerty bardzo rzadko się wybieram. Podstawowym powodem był – zawsze i ciągle – brak profesjonalnego podejścia do organizowanych imprez, z gównianym nagłośnieniem i opóźnieniami w roli głównej. Ze względu na moją krajową absencję, postanowiłem zmienić coś w tej kwestii czego następstwem było uczestnictwo w krakowskim Love It Hard Festival.
O dziwo, albo czasy się zmieniły, albo też miałem na tyle szczęścia, że impreza ta w 100% wypaliła jak trzeba! Żadnych obsuwów, nadprzyrodzonych problemów czy innych braków nie miało tutaj miejsca. W tym momencie dobre słowo należy się organizatorowi, firmie Ma-In, która podołała temu trudowi.
Co też zobaczyłem na tej fajnej, walentynkowej imprezie? Kilka dobrych kapel z naszego, rodzimego podwórka oraz jedną, ze słowackiej ziemi.

Przed 17tą bramy Klubu Studio stanęły otworem, kapele (za „zamkniętymi drzwiami”) kończyły próbę, a ludzie wypełniający powoli wolną przestrzeń rozsiadali się wygodnie przy piwie i innych używkach.



Całą, niedzielną imprezę o 17:30 rozpoczęli nasi słowaccy sąsiedzi z RAVENCLAW. Przyjemny Power Metal jakim nas potraktowali myślę, że mile zaskoczył niejednego uczestnika festiwalu. Muzycznie blisko im do wielu młodych kapel tego nurtu, czasami słychać było Edguy’a, starego Nostradameusa czy inną Insanię. Matej, wokalista kapeli, dysponujący fajną barwą głosu całkiem nieźle radził sobie podczas ich krótkiego show. Śpiewał w miarę czysto, niekiedy brakowało mu jednak techniki i tego czegoś, co sprawia, że jest się rasowym krzykaczem. Z tego co zapamiętałem, RAVENCLAW zagrali „Power Slaves”, „Black Eyed Death” oraz „Eyes Of The Damned” z ich dużego albumu „Welcome To The Ravenland”, bawiąc się przy tym przednie i na luzie. Śmieszny klawiszowiec Gabriel, ubrany w strój kościotrupa wygłupiał się co chwilę, udzielając się zarazem wokalnie w chórkach i refrenach. Reszta kapeli również dobrze wypadła, a najbardziej zapamiętałem Tonkę, basistkę kapeli, która nie dość, że fajnie wyglądała to jeszcze „coś tam” potrafiła wykrzesać ze swojego instrumentu. W dalszej części koncertu zagrali jeszcze „Deja vu”, „ Into The Night”, „ Heavenstorm” oraz kończący ich występ „Duality” – utwór pochodzący z ich nowego singla „After Tomorrow”. Przy tym kawałku miał jednak miejsce niejaki „zgrzyt” w postaci strasznie „zrypanego” refrenu. Gdyby zrezygnowali z dwugłosu, wszystko, podejrzewam, wyszłoby Ok! A tak, fałsze i inne „upiększacze” rozłożyły ten utwór „na łopatki”. Z czystym sumieniem kapeli RAVENCLAW należą się słowa uznania i życzenia sukcesów w tym co robią.

Krótka przerwa techniczna, zamieszanie na scenie i już po chwili zawitała kolejna grupa – CIRYAM.



Jak usłyszałem ich pierwsze kawałki, to od razu przyszło mi na myśl, że ja to mam pecha do tych gotycko-metalowych kapel, z laskami na wokalu. Dopiero co „przechodziłem” przez kilka światowych „sław” na Winter MOR 2009, nabawiając się niemal uczulenia na taką muzę, to teraz powinienem napisać parę słów o naszych rodakach. CIRYAM, w moim odczuciu, średnio wypadli na krakowskim festiwalu, choć pokazali trochę niezłej techniki i charakterystycznego wokalu Moniki Węgrzyn. Kapela zagrała dynamicznie, rozkręcając się z kawałka na kawałek. Utwory jakie usłyszeliśmy tego wieczoru pochodziły z ostatnich dwóch albumów grupy („Człowiek Motyl”, „W Sercu Kamienia”) a były to między innymi „Diler”, „Twarze Faraonów”, „Łowcy Światła”, „Virus”. Moimi faworytami okazały się dwa późniejsze kawałki, melancholijny „W Ciszy” oraz zróżnicowany i chyba najciekawszy ze wszystkich – „Venus”. I choć nie do końca leży mi styl w jakim grają CIRYAM, to kapela ta wypadła dużo lepiej niż „podobni” im VENA VALLEY, którzy zaraz po nich opanowali scenę w Klubie Studio.



Niestety, są takie zespoły, które na żywo nie odbiera się dobrze, wypadające nijak w stosunku do ich studyjnych produkcji. Przeglądając sieć w poszukiwaniu informacji o tym zespole natknąłem się na ich teledyski, utwory pochodzące z długograja i pomyślałem, że VENA VALLEY na Love It Hard zagrają kawał dobrej sztuki. Nic bardziej mylnego! Wokalistka już po pierwszym kawałku brzmiała jakby traciła głos, śpiewając marnie, czasami wręcz „piejąc” w wyższych rejestrach. Albo to nie był dobry dzień Justyny, lub też jakaś niedyspozycja opanowała tą panią, faktem jednak jest, że nie był to dla niej udany występ. Kapela, z wyjątkiem Justyny, statyczna, bez życia, szczególnie basista stojący jak kołek gdzieś z tyłu sceny wyraźnie odstawał od reszty. Muzycznie nic specjalnego nie pokazali, grając sztampowe niby „gotyckie” dźwięki, przyprawione nieco plastikowymi wstawkami. Sam od siebie rozpoznałem sztandarowe „Libido” (bez porównania gorsze od studyjnego oryginału) oraz „Lullaby”. Reszta utworów była mi w zasadzie obca i podobna do siebie. Miłośnicy smutnych dźwięków może coś więcej „znaleźliby” w tym zespole, dla mnie jednak VENA VALLEY przeminęli szybko, bez większych emocji.

Od tego momentu Love It Hard Festival miał szansę stać się bardziej atrakcyjnym, bo przed nami pozostały występy czterech dobrych kapel. Ciekaw byłem ich formy oraz czy podołają oczekiwaniom przybyłych dzisiejszego wieczoru fanów?



Minęła kolejna, krótka przerwa i już za moment w eter popłynęły dźwięki „Intra” krakowskiej kapeli WITCHKING. I choć nie słyszałem jak dotąd tego zespołu na żywo, wiedziałem czego się spodziewać. Heavy Metal, z konkretnymi, soczystymi riffami, domieszką thrash’owej stylistyki i mocnym wokalem – tyle dowiedziałem się z sieci, oglądając teledyski, słuchając utworów na stronie zespołu. Starego wokalistę, Tomka Twardowskiego pamiętałem z innego wcielenia, gdy śpiewał pod szyldem warszawskiego Hellfire. Ciekaw byłem jak poradzi sobie nowy gardłowy i czy też będzie to jeden z najlepszych głosów w polskim, metalowym światku?! Już po pierwszych trzech utworach „Magic Number”, „The Third One” i „Greed And Fear” wiedziałem, że na WITCHKING się nie zawiodę. Cóż mogę dodać? To po prostu „moja” muzyka! Ciężka, szybka z fajnymi melodiami, niekiedy lekko „pokomplikowana”, z technicznym sznytem. Chłopaki sprawiali wrażenie dobrze działającej maszyny, z uzupełniającymi się wzajemnie gitarzystami i niezłą sekcją rytmiczną. Na scenie dużo ruchu, nagłośnienie również dopisało a i żywo reagująca publika stanowiła bezcenny dodatek. W dalszej części koncertu poleciały jeszcze min. „Metal Trap”, kawałek „Pussy”, dedykowany wszystkim walentynkowym parom, klimatyczny „Metal Grail”, „Flame Of Udun” oraz kończący występ zespołu „Return”. A co z następcą Tomka? Okazało się, że całkiem dobrze! Michał Żaczek dysponuje kawałem głosu, potrafiąc go nieźle wykorzystać w koncertowym ogniu. Szacun dla kapeli, a mnie pozostaje żałować, że nie kupiłem ich ostatniego krążka (a wiem, że często by gościł w moim odtwarzaczu).

Przyszedł w końcu czas i na śląski akcent dzisiejszego festiwalu. Coraz bardziej znana, lubiana jak i krytykowana przez innych kapela CRYSTAL VIPER uderzyła z mocnym materiałem.



Znam ich od samego początku, śledziłem pierwsze kroki, silną wolę muzyków oraz wiarę w osiągnięcie sukcesu. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że kapeli tej naprawdę udaje się zaistnieć nie tylko w naszym kraju, lecz przede wszystkim na zagranicznych rynkach. Co zagrali tym razem? To w czym są najlepsi, czyli Heavy Metal w starym, klasycznym stylu. Przygasły światła, z głośników poleciało „Intro”, a zaraz po nim pierwszy mocny kawałek zatytułowany „Stronghold – Under Siege”. Nooo, takich ich lubię! Szybki, ciekawy utwór zagrany sprawnie i bezkompromisowo. Od momentu gdy CRYSTAL VIPER widziałem ostatnim razem, Marta chwyciła za wiosło, co wzbogaciło sceniczny wizerunek grupy. Inna sprawa, że jej instrument był mało słyszalny, ale z selektywnością nagłośnienia koncertów było tego wieczoru nie najlepiej. Niezłe przyjęcie przez ludzi, oklaski, a kolejny song jaki poleciał w eter to trochę wolniejszy „The Wolf And The Witch”, w trakcie którego na scenę wylazła „maskotka zespołu”. Postraszyła trochę swym wilczym pyskiem i kosturem, pozwoliła zrobić sobie zdjęcie, a następnie zeszła ze sceny. Przyznam, że wokalnie CRYSTAL VIPER (Marta!) rozwinęli się znacznie, a jako całość kapeli ogląda się ich naprawdę dobrze. Ich występ zawierał wszystko to, co powinien. Był dynamiczny, przebojowy i w swojej formie zwarty, przez co ani chwili nie nudził. Nie do przecenienia był również dobry kontakt zespołu z publicznością. Co usłyszeliśmy dalej? Poleciało „Metal Nation”, „Legions Of Truth”, „Night Prowler” czyli to co fani CRYSTAL VIPER najbardziej lubią, z solowym popisem Andy’ego w między czasie. Swoje pięć minut miał również Golem, który zaprezentował wszystkim swoje „wielkie” gary (zabawka/”pozytywka”), a następnie pokazał wycinek swych umiejętności na prawdziwym zestawie. Chwilę wytchnienia i wiadomo było, że zbliżaliśmy się do finału koncertu. I tu niespodzianka, kapela zagrała nowy utwór, z nadchodzącego krążka, zatytułowany „Man Of Stone”, który ochoczo został przyjęty przez publikę. Na koniec, nie mogło zabraknąć sztandarowego „The Last Axeman/Ostatni Berseker” w naszej rodzimej wersji. Pierwszy raz słyszałem ten song po Polsku i spodobał mi się niemal jak oryginalna wersja. Takim to sposobem występ zespołu dobiegł końca. Koncert dobry, trzymający poziom, mogący się podobać. O CRYSTAL VIPER słyszałem wiele opinii, od tych bardzo pozytywnych do skrajnie niepochlebnych. Zarzuca się im odtwórczość, prostotę jak i ciągłe zmiany składu. Cokolwiek by o nich nie mówić pewnym jest to, że Marta ma zajebisty wokal, a staroświeckie, proste granie?? Mnie pasuje, na starym Heavy się wychowałem!

Po koncercie ekipy ze Śląska, przyszedł czas na mieszankę muzyki klasycznej z metalowym zacięciem, bo oto na scenie instalował się JELONEK, kolejny wykonawca dzisiejszego festiwalu.



Do teraz nie wiem co myśleć o tym jegomościu, z którego twórczością spotkałem się jakiś czas temu. W czym „mamy problem”? Ano w tym ,że nie mam pojęcia czy to muzyk klasyczny, czy Metalowiec, a może rasowy kabareciarz? Myślę jednak, że po części jest on wszystkimi tymi wcieleniami, a na koncercie, swoimi talentami, potrafi żonglować niczym rasowy cyrkowiec. Występ Michała JELONKA z definicji nie może być nudny. Tu się dzieje tyle fajnych rzeczy, począwszy od konferansjerki, rzucania licznych żartów, poprzez stuprocentowe zaangażowanie w wykonywane utwory. Muzyka przednia, ze skrzypcowym wymiataniem znanych melodii, przerobionych na różne, wykręcone sposoby z mocną, metalową sekcją. Umiejętności instrumentalne Michała nie podlegają dyskusji, a finezja i jednoczesne szaleństwo artysty ubranego we frak nie mogą pozostać niezauważone. Grupa JELONKA zagrała kilkanaście kompozycji, z których najbardziej podobały mi się „B.East”, wariacje a’la Vivaldi, „A Funeral Of A Provincial Vampire”, „Elephant’s Ballet” oraz genialny wręcz „Barock”. Liczyłem co prawda na przebranie w stylowe peruki (niczym w teledysku), jednak maski w „Elephant’s…” musiały mi niestety wystarczyć. Przyznam bez bicia, że występ JELONKA bardzo mnie zrelaksował i dał nowe siły, do przetrwania przedłużającego się wieczoru. Pozytywna energia w postaci dwóch ostatnich utworów „Lorr” i „Vendome” przypieczętowała ten stan, a duże brawa i reakcja publiczności świadczyły o tym, że nie byłem odosobniony w swoich odczuciach.

Festiwalowy wieczór dobiegał powoli do końca, wskazówki zegara niewiele dzieliło od północy a ja, wraz z przyjaciółmi wyczekiwałem finalnego koncertu.



Ostatni występ TURBO – bo właśnie oni byli główną gwiazdą festiwalu – widziałem dobrych kilka lat temu podczas Metalmanii, czy innego Mystic Festival. Grzesiu po raz 666 właśnie odchodził, albo też ponownie wrócił do kapeli (sorry, pogubiłem się z tą jego obecnością / absencją w grupie), a ja starałem się zrobić jak najlepsze zdjęcia z fosy fotografów. Dzisiejszy skład TURBO, to przede wszystkim nowy wokalista, którego chciałem zobaczyć na żywo. Ciekaw byłem jak sobie radzi nowy „gardłowy” tej zacnej grupy i czy jest tak dobry, jak się o nim mówi. TURBO zagrali naprawdę dobry koncert, zróżnicowany, sięgając po utwory z różnych okresów swojej twórczości. Zaczęli od „Na Progu Życia” i „Komety Halley’a”, przegalopowali przez „Szalonego Ikara” w ultra szybkiej wersji, grając po drodze wiele różnorodnych kawałków. Świetna dyspozycja Wojtka Hoffmanna, jego warsztat gitarowy – pełen ekspresji – ciągle robi wrażenie, podobnie jak zgranie całego zespołu, którego luz i profesjonalizm widać było na każdym kroku. Nie ukrywam, że TURBO w swojej klasycznej, heavy metalowej formie najbardziej mi odpowiada i taki też stworzyli klimat na Love It Hard Festival! Tomek Struszczyk dysponujący nieprzeciętną barwą głosu czarował od początku do końca. Momentami jego śpiew podobał mi się bardziej niż Grzegorza, a łatwość z jaką przychodziło mu wyciąganie trudniejszych partii powodowała uśmiech na mej twarzy. Bez dwóch zdań, muzyk ten idealnie wpisał się w aktualną inkarnację TURBO, a jego „świeża krew” odmłodziła nieco skostniałą już „konstrukcję” zespołu. „Legenda Thora”, „Strażnik Światła”, „Przegadane Dni” i kilka innych w międzyczasie kawałków przeminęło nie wiadomo kiedy, a chwilę potem, na finał dostaliśmy „Kawalerię Szatana cz.II”, „Galeon” oraz „Dorosłe Dzieci”, w niebanalnym, klimatycznym wykonaniu. Ci wszyscy, którzy dotrwali do końca imprezy zgotowali im niezły aplauz, przyszedł czas podziękowań, po czym kapela powoli ewakuowała się ze sceny. Nim do tego ostatecznie doszło, Tomek wraz z Wojtkiem (sami) zagrali jeszcze jeden kawałek, czym niezmiernie nas ucieszyli. „Epilog” w wersji akustycznej był ostatnim numerem tego wieczoru, kończącym definitywnie całą imprezę, a w mojej głowie kołatała jedna, przejmująca myśl zaczerpnięta z t-shirtów zespołu… „Jeszcze TURBO nie umarło”!!

Po latach nieobecności na krajowych koncertach doznałem miłego zaskoczenia. Love It Hard okazał się całkiem niezłą imprezą, z fajnym klimatem i kapelami grającymi – poza małym wyjątkiem – na wysokim poziomie. Niestety ilość fanów przybyłych na festiwal nie powalała, a dobrym komentarzem do tej sytuacji niech będą słowa mojego, serdecznego kolegi: „Cóż, tak to w Polsce bywa. Jak nie ma koncertów, to stękają. Jak są, to nie przychodzą.”…

Z metalowym pozdrowieniem,
Thomen

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”.