ZABRZE, CENTRUM KULTURY WIATRAK – 11.06.2011

Z imprezami charytatywnymi jest tak, że wszystko wypala i jest w jak najlepszym porządku, albo też, pomimo najszczerszych chęci organizatora całą imprezę dopada “szara rzeczywistość” w postaci niskiej frekwencji, czy też innych, nieprzewidzianych zdarzeń. Jadąc na trzecią edycję „Heavy Sound Is Solution – Gramy dla Igora” byłem pełen nadziei, że i tym razem impreza wypali, mając na uwadze wcześniejsze, całkiem udane odsłony. Bo przecież sam cel koncertu, z definicji szczytny i jak najbardziej potrzebny, powinien przyciągnąć rzesze ludzi chcących pomóc małemu Igorowi. Czy dobra reklama, nagłośnienie przedsięwzięcia i nie mała – jak mniemam – praca Adama z rodziną i przyjaciółmi dała oczekiwany rezultat?

Do zabrzańskiego Centrum Kultury Wiatrak przybyłem około 16:30, z wizją na “przed imprezowe” spotkanie z przyjaciółmi i starymi znajomymi. Szczególnie miło wspominam przyjacielską rozmowę z Grześkiem Kupczykiem, przy której naszło nas na wspominki, oraz wygłupy z parą zaprzyjaźnionych fotografów…

Wieczór koncertowy rozpoczął się z ponad godzinnym opóźnieniem, przy dźwiękach DEVON - pierwszej z akredytowanych kapel. Niestety, niewiele dobrego mogę powiedzieć na temat ich występu. Hardcor’owa napierdalanka, ze skaczącym niczym kangur wokalistą nie było tym – parafrazując mistrza – co “świnki lubią najbardziej”.



A jeśli już o trzodzie chlewnej mowa, to kolejną, półgodzinną sztuką popisali się nie kto inni jak PIGS IN TANK! Ja pierdolę, na jakim trzeba było być haju, żeby tak nazwać swoją kapelę, heh? Oryginalni z nazwy rybniczanie, nie byli już tak wyjątkowi, jeśli wsłuchać się w ich muzykę z pogranicza amerykańskiego metalu, połączonego z rock’n’ roll’em. Owszem, nie brakowało tutaj energii, chwilami ciekawszych melodii, niemniej nijakie wokale, kiepski sound i małe zainteresowanie publiki nie wpływały pozytywnie na odbiór. “Rock’n'Roll na pełnej kurwie”? Może i tak. Jednak ja, z tego koncertu zapamiętałem jedynie ich reklamowy slogan.



Chwila przerwy, kilka zdań zamienionych z przyjaciółmi i już za moment na scenie pojawili się kolejni wykonawcy dzisiejszego wieczoru. Tak się złożyło, że pierwsze 3 kapele występujące na “Heavy Sound Is Solution – Gramy dla Igora” były mi zupełnie nieznane, w tym również zabrzański BEERHEAD. Przyznam szczerze, iż zaskoczony byłem muzą, jaką zapodali ci groźnie wyglądający panowie, bo poczułem się trochę jak na koncercie Motorhead! Nie da się ukryć, że utwory BEERHEAD mocno nawiązują do twórczości Brytyjczyków i nikt też tego nie robił. Jaszczur, wokalista kapeli w gustownej bluzie Motorhead, biegał po scenie śpiewając niczym Lemmy, Krieg i Piskor wymiatali na gitarach, że aż miło, a Uwe z Tasman’em robili swoje na garach i basie. Pół godziny szalonego, zmetalizowanego Rock’n'Rola wypełniło CK Wiatrak swym klimatem. Polała się również krew…z rozwalonej ręki Tasman’a. Jego bass gustownie “ozdobiony” krwią robił wrażenie, jednak gość wytrzymał do końca występu. Na marginesie, to właśnie ten człowiek skakał z mikrofonem w DEVON’ie. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, niemniej w roli basisty BEERHEAD sprawdził się dużo lepiej. Dobre przyjęcie, oklaski i energetyczny set dobiegł sprawnie do końca.



Niestety, w miarę upływu czasu frekwencja w klubie nie wzrosła, co też musiało być smutną nowiną dla rodziców małego Igora. Szkoda, bo impreza mogła być nie dość że udana, to jeszcze spełniłaby swoją rolę w postaci zebrania środków na dalszą rehabilitację malca. Zacząłem się obawiać, co do tej drugiej kwestii, jednak na ten czas dla zgromadzonych w CK Wiatrak ludzi liczyła się dobra zabawa.

Kolejnymi zespołami grającymi na “Heavy Sound…” byli przedstawiciele Death Metalu w postaci THY DISEASE oraz SCEPTIC.
THY DISEASE nie powalili mnie jakoś specjalnie na kolana, choć nie można im odmówić zgrania i profesjonalizmu, który od pierwszych dźwięków rzucał się w oczy i uszy. Image, zaangażowanie i charyzmatyczny Marcin Nowak wymiatający na basie, świadomość Sebastiana, wokalisty kapeli, po co w ogóle grają tego wieczoru oraz dobre, dość selektywne nagłośnienie były niezaprzeczalnymi atutami ich występu. Co mi przeszkadzało, to nawiązania do nu metalowej stylistyki i pierdolone sample, które potrafią zepsuć każdy – wydawać by się mogło – dobry kawałek. Chłopaki zagrali 9 utworów, w tym między innymi “Blame”, “Antidote”, “Collateral Damage”, “Nightmare Scenario” i cover’owy “Sinner In Me”, z repertuaru “Depeche Mode”.



Jeśli chodzi o krótki set SCEPTIC, to było to na prawdę konkretne “Wejście Smoka”. Techniczna wirtuozeria Hiro z jego solówkami, basowe, kosmiczne umiejętności Pawła, skupionego gdzieś z boku sceny i “wężogłowa” (zdjęcie poniżej) Weronika, przy której najlepszy, fotograficzny auto fokus wysiada w przedbiegach, były tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie. Na co dzień nie siedzę w Death Metalu, niemniej SCEPTIC zawsze kojarzyłem jako technicznych wymiataczy. Do tego Weronika z mocnym wokalem i scenicznym ADHD, nadrabiała za stojących statycznie kolegów z nawiązką, sprawiając, że występ SCEPTIC całkiem fajnie się oglądało. Jeśli dobrze pamiętam, z okrojonej set listy zagrali min. “Internal”, “Manipulated”, “Unbeliever’s” jak również “Incapable”. Szkoda tylko, iż był to niezmiernie krótki występ, podczas którego czas zmienił swoje właściwości, oszukując nasze zmysły. Dopiero co weszli na scenę, a już schodzą? WTF?! Być może organizator powinien w przyszłości (a zakładam, że będzie kolejna edycja “Heavy Sound…”) rozważyć zaproszenie mniejszej ilości kapel, tak by pozostałe mogły zagrać dłużej? Myślę, że taka forma byłaby dużo lepsza.



I przyszedł w końcu czas na finałowy występ wieczoru, na który, tak na prawdę, najbardziej czekałem. Klasyczny Heavy Metal z CETI i Grzegorzem Kupczykiem w głównej roli zawsze do mnie “przemawia” i daje dużo pozytywnej energii. Czy i tym razem tak będzie? Już za moment miałem się o tym przekonać.

Wychowałem się na starym Turbo, a twórczość CETI śledzę praktycznie od samego początku, jednak dwa, ostatnie longi grupy znam raczej słabo. Ciekaw byłem tych kawałków, jak wypadną na żywo? Okazało się, że zabrzmiały całkiem dobrze, niemal tak fajnie jak stare klasyki, na których osiadł kurz minionych lat. PROFESJONALIZM , zgranie , dobre światła i czysty, selektywny sound były nie do przecenienia. CETI zagrali bardzo dobry set, w którym znaczącą część odegrały utwory z „Ghost Of The Universe – Behind The Black Curtain”. I tak, na dobry początek usłyszeliśmy „Anywhere”, „Wilki” i „Forever”, a dodam że jako „otwieracze” sprawdziły się tutaj znakomicie. Grzesiek w świetnej formie operował swoim głosem w taki sposób, że zawstydziłby niejednego młodzika. Z charakterystyczną barwą, górkami wyciąganymi aż miło nie da się go pomylić z innym wokalistą . Wzorowy kontakt z publicznością nie był tutaj bez znaczenia, czego potwierdzeniem stały się żywiołowe reakcje zgromadzonych pod sceną fanów. W tym miejscu duże słowa uznania należą się całemu zespołowi, który pomimo słabej frekwencji zagrał na miarę swoich możliwości, nie oszczędzając się w ogóle. 17 kawałków, półtora godzinne show, kręcenie teledysku i tony dobrej muzy…Tak, to całe CETI jakie znam! Po nowościach przyszedł czas na kilka starszych kompozycji, przy których łezka w oku potrafiła się zakręcić. Najbardziej „rozwaliły” mnie „Miłość, Nienawiść, Śmierć”, ze swym genialnym tekstem oraz nieśmiertelna „Lamiastrata” – klasyk, bez którego nie wyobrażam sobie koncertu CETI! Po tych utworach moje gardło było do wymiany, a przez kolejne 2 dni nie mogłem się pozbyć „koncertowej” chrypy. Bartek Sadura wyczarowywał na swym Stracie piękne solówki, Mucek łoił, że aż miło mając swoje pięć minut w drum solo, a drugi Bartek, skupiony na basowej robocie, również nie odpuszczał robiąc swoje. Nie mógłbym oczywiście pominąć Marysi, która pięknie zagrała nam tego wieczoru, wspomagając Grzegorza w chórach, a której najwierniejsi fani – w tym moja, skromna osoba – zaserwowali moc oklasków i skandowanie jej imienia. Niezmiernie miło odebrałem wykonanie kolejnych utworów, a w szczególności „I Know” oraz „Życie I Tron”, po czym przyszedł czas na podziękowania i przypomnienie przez Grześka po co się tutaj zebraliśmy, pozdrowienia dla rodziców i przyjaciół chorego Igora. Na zakończenie otrzymaliśmy trzy, bisowe kawałki „Days Of Dirt”, „Ogień I Łzy” oraz „In The Eyes Of Rising Sun”, a cała impreza zakończyła się w okolicach północy.



Z całą pewnością warto było się pojawić w zabrzańskim CK Wiatrak na „Heavy Sound Is Solution – Gramy dla Igora” z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na szczytny cel i możliwość pomocy potrzebującemu jej Igorkowi, jak również dla dobrej i zróżnicowanej muzyki, jaką zaprezentowały nam występujące kapele. Mam nadzieję, że kolejna edycja okaże się jeszcze lepszą imprezą, która przyciągnie dużo więcej ludzi niż tegoroczna jej odsłona.
Igorowi, jego rodzinie i przyjaciołom życzę wszystkiego najlepszego,

z pozdrowieniem…

Thomen

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘ Thomen’ Ślusarczyk

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”