ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE – 8.04.2011

Cokolwiek niemrawo, ale zaczyna się rozkręcać „mój” sezon koncertowy. Po bardzo udanym występie Labyrinth, z którego relację mogliście przeczytać jakiś czas temu, przyszedł czas na znacznie większe wydarzenie, a mianowicie koncert niemieckiego GRAVE DIGGER. Tak…dla mnie to kultowa grupa i choć przez wiele lat niszowa, po przejściach, to od połowy lat 90-tych znana coraz większej grupie metalowej braci. To chyba longplay „Heart Of Darkness” ze świetnym następcą w postaci „Tunes Of War” na dobre ugruntowały pozycję tej grupy, przy czym nie możemy zapominać o tym, że historia GRAVE DIGGER‘a to 30 lat ciężkiej pracy muzyków, potu, wyrzeczeń i zamiłowania do tego co najważniejsze…do Heavy Metalu.

W pierwszej wersji wydarzeń, na trasie koncertowej GRABARZA towarzyszyć mu miały dwa szwedzkie zespoły: Grand Magus i Sister Sin. O ile tych pierwszych lubię na żywo posłuchać, to SS nie bardzo mi „leżą”, więc ucieszyłem się, że ponowne spotkanie z panią Liv Jagrell nie dojdzie jednak do skutku. Powód? Zmiana supportów, co w konsekwencji pozwoliło na wskoczenie min. Orden Ogan, z czego, nie ukrywam, bardzo się ucieszyłem! Zlinski koncert, na jubileuszowej trasie Grave Digger’a otworzyła jednak lokalna grupa FREE FALL. Pół godziny tragicznego występu Czechów nie było – jak dla mnie – do strawienia i takim sposobem wytrzymałem 4 kawałki, po czym oddaliłem się do części barowej Masters Of Rock Cafe. Skąd się biorą tak nijakie zespoły? Bezsensowna łupanina, przeciętne umiejętności i nuda emanowały z tych ludzi, a jeśli jeszcze dodać daremne wokale nowej panny (debiut?), która gięła się za mikrofonem to już w ogóle było „przyjemne”. W takich chwilach zastanawiam się nad sensem koncertowania takich grup, bo na żywo trzeba coś przecież sobą reprezentować (w przeciwieństwie do studia, gdzie wiele mankamentów da się „wygładzić”). Tutaj dostaliśmy gówniany Nu Metal z samplami, elektroniką i cudownymi fałszami, nie brzydkiej nota bene, wokalistki. Z tego co widziałem wokalnie udzielał się również basista grupy, niejaki Jindra Hráček, niemniej jego krzyki również do udanych nie można było zaliczyć. Dwa utwory, które udało mi się rozpoznać podczas koncertu FREE FALL to „Sacrificed By You” i „Walking On Glass”. Na szczęście nie było ich dużo, a skończyło się na sześciu, czy też siedmiu sztukach. O 20:30 koncert Czechów przeszedł do historii, a kwadrans po tym scenę opanowali sympatyczni panowie z ORDEN OGAN.



Tak, to już całkiem inne klimaty, inna kapela z dużą dawką energii, humoru i radości z grania. Pierwsze co dało się odczuć, podczas występu tej grupy, to luz i dość wesołe podejście do sztuki zwanej Heavy Metalem. I nie jest to jakiś minus bynajmniej, bo muza i umiejętności chłopaków z ORDEN OGAN – widząc reakcje publiczności – przypadły wszystkim do gustu. W ciągu trzydziestu paru minut dostaliśmy istną mieszankę Heavy/Power Metalu z elementami folku i progresywnym zagmatwaniem w tle. Już pierwszy utwór, „To New Shores Of Sadness” zrobił na mnie duże wrażenie pokazując umiejętności i lekkość Niemców w kreowaniu ciekawych zagrywek. Szybkość, połączona z częstymi zmianami rytmu, wolniejsze wstawki, rozbudowane solówki oraz zabawa z publiką…wszystko to miało miejsce już w pierwszych minutach koncertu! Dodam tylko, że dalej było jeszcze lepiej. Seeb z Tobi rozkręcili się na całego szalejąc na scenie, Lars z chęcią dołączał się do headbanging’u, a Ghnu i Nils ciężko pracowali za garami i klawiszami. „Farewell” stał się niejako „odpoczynkiem” dla grupy, przy czym Seeb skupiał się tutaj więcej na części wokalnej kawałka. Przyznam, że całkiem dobrze mu to wychodziło, jednak bardziej lubię jego głos w mocniejszym , dynamicznym wydaniu. Wystrój sceny podczas koncertu ORDEN OGAN, ubogi i oszczędny w detale nadrabiany był dobrym, selektywnym nagłośnieniem. Tutaj należą się słowa uznania dla ekip technicznych zespołów i klubu, bo odwalili na prawdę solidną pracę. Jakie jeszcze kawałki poleciały tego wieczoru? Usłyszeliśmy „Welcome Liberty”, „Easton Hope”, progresywny „Angels War”, przy którym Seeb namawiał wszystkich do nagrywania nowego „teledysku”, jednak wszystko to było „mało istotne”, gdyż najważniejszym dla mnie było wykonanie „We Are Pirates”! Z pewnością utwór ten był punktem kulminacyjnym koncertu ORDEN OGAN, a dla starych fanów Running Wild tym bardziej ważny, że utrzymany w pirackich klimatach. Przy pierwszych dźwiękach tej świetnej kompozycji w MOR Cafe dosłownie zawrzało. Orgia dźwięku, szybkie gitary i ten klimat rodem z „Port Royal”, czy innego „Death Or Glory” udzielał się i mojej, skromnej osobie. Do pełni szczęścia brakowało tutaj gościnnego udziału Majk’a Moti, grającego solówkę, niemniej reszta była bez zarzutu. Występ Niemców zbliżał się nieubłaganie do końca i wielka szkoda, że tak szybko przeleciał. Wiem jednak, że jeśli tylko będzie okazja, to na pewno zahaczę o pełnowymiarowy koncert ORDEN OGAN, bo na prawdę warto! Kiedy to jednak nastąpi? Niestety, nie mam bladego pojęcia…



I takim to sposobem do zakończenia koncertowego wieczoru pozostał tylko jeden występ, ale za to jaki?! Oczekiwanie na Heavy Metal grany w czystej formie spędziłem, tradycyjnie już, na rozmowach z przyjaciółmi, oglądaniu stoisk z gadżetami występujących kapel i rozważaniach z kumplem na temat blokujących się drzwi we Fiucie Grande Punto, heh.
Czas mijał nieubłaganie, a pięć minut przed 22 na scenę wkroczyli GRAVE DIGGER! Zanim jednak pojawili się sami muzycy GRABARZA, przy dźwiękach kobz ujrzeliśmy „kostuchę” (HP Katzenburg?), paradującą z owym instrumentem. Od razu można było wyczuć, że szykuje się nam pełen wrażeń występ, nie tylko muzycznych ale i wzrokowych. Za moment dobili Stefan, Jens i Axel włączając się w intro, gładko przechodzące do głównej części „Paid In Blood”. Publika skandowała radośnie, a zaraz potem na scenę wyskoczył Chris, który rozpalił wszystkich do granic możliwości. Świetny początek, ferie świateł, doskonałe nagłośnienie i już za moment „The Dark Of The Sun” – pierwszy klasyk GD dzisiejszego wieczoru – przyprawił mnie o gęsią skórkę. Cóż to było za wykonanie! Chris w doskonałej formie, śpiewający jak 15 lat temu, podczas premiery „Tunes…” nie pozostawiał złudzeń, co do swojej formy i samopoczucia. Prawdę mówiąc cała ekipa DIGGER’a, zadowolona z przyjęcia przez fanów, bawiła się przednie tego wieczoru nie wyłączając Jens’a, który z reguły statyczny i „smutny”, był teraz pogodny i pełen życia. I podobnie, jak to było podczas wackeńskiego występu GRAVE DIGGER, schemat dzisiejszego koncertu był łudząco do niego podobny. Nie mogło być dla mnie lepszego prezentu, bo przyznam bez bicia, że druga połowa lat ’90 w twórczości Niemców, jest dla mnie czymś wyjątkowym. I tak oto dostaliśmy min. „The Bruce (The Lion King)”, „The Ballad Of Mary (Queen Of Scots), „Highland Farewell”. W trakcie tego ostatniego, miało miejsce ciekawe zdarzenie. Mieszkaniec Zlina, niejaki Pawel w nagrodę za jakiś konkurs (?) zagrał cały kawałek wraz z GRAVE DIGGER’em. Muszę powiedzieć, że całkiem nieźle poradził sobie z tym wyzwaniem, a partie wykonane wespół z Axel’em zapamięta z pewnością do końca życia. GRAVE DIGGER dali doskonały niemal koncert. Nie było tutaj miejsca na żadną ściemę, wypełniacze, idiotyczne zachowania itp. Po prostu mieliśmy tutaj do czynienia z Heavy Metalem w czystej formie, walącym prosto w twarz. Było wszystko to, czego po GRAVE DIGGER mogliśmy się spodziewać, a najbardziej chyba charakterystyczne dla nich, ostre jak brzytwa riffy i głos Boltendahla’a stały tutaj na pierwszym miejscu. Nawet świeża krew w postaci Axel’a nie burzyła genialnego stylu grupy, a gitary w jego wykonaniu dużo bardziej do mnie przemawiały niż te Manni Schmidt’a – przy całym szacunku, jaki mam do jegomościa. Kolejną, godną wyróżnienia atrakcją występu GRABARZA, był wystrój sceny, jaki zaserwowali nam tego wieczoru. Wielka kurtyna obrazująca cover ostatniego longa, mniejsze ekrany przedstawiające grafikę, flagi i inne szczegóły dekoracji były czymś wyjątkowym. Dopełnieniem tego obrazu stał się oczywiście strój Chris’a, który ubrany w kilt pozostał w nim przez połowę koncertu, zrzucając go dopiero przy „The Gallowe Pole”. Wcześniej jednak usłyszeliśmy „Killing Time”, „Whom The Gods Love Die Young” i nieśmiertelny „Rebellion (The Clans Are Marching)”, przy którym fani, przybyli licznie do MOR Cafe, śpiewali na równi z zespołem. Utwór ten, będący często punktem kulminacyjnym koncertów GRAVE DIGGER’a stał się końcem, jego pierwszej części. Muzycy zeszli ze sceny, by powrócić po instrumentalnym „The Gallows…” i „niespodziance”, którą zafundowała kostucha (HP) wywieszając długi stryczek oraz szukając ofiary wśród publiczności. To był znak, że GD nie mogli zagrać innego kawałka jak „Ballad Of A Hangman”! I znowu te ostre, urywane riffy, genialna muza i zmiana klimatu na bardziej „ogólny”. Boltendahl biegający po scenie, Ritt robiący akrobatyczne wygibasy, niczym Rudolf Schenker w zamierzchłych czasach, Becker „sprzedający” co rusz „piątki” pobliskim fanom i HP w swym kościstym wdzianku, grający solo podczas „Morgane Le Fay”…to wszystko mogliśmy oglądać podczas koncertu GRABARZA. Chłopaki nie zapomnieli o innych dobrych płytach, serwując split „Twilight Of The Gods, Circle Of Witches, The Grave Dancer”. Szkoda tylko, że tak mało miejsca poświęcili utworom z „Heart Of Darkness”, jednej z moich, ulubionych płyt DIGGER’a. Cóż… nie można mieć wszystkiego. Koncert, wydawać by się mogło, miał się ku końcowi, jednak nie był to jeszcze finał heavy metalowej uczty, jaką zgotowali nam GD. Nie mogło przecież zabraknąć „Excalibur” i „Knights Of The Cross”! Te prześwietne numery przeleciały szybciej niż myślałem, przywołując w mojej głowie wspomnienia starszych koncertów grupy, a już za moment chłopaki zeszli ze sceny, robiąc klimat pod bisy, których również nie mogło nie być. I tak oto w finale dostaliśmy jeszcze „Yesterday”, którego się w ogóle nie spodziewałem, „The Round Table (Forever)” oraz zamykający koncertowy wieczór „Heavy Metal Breakdown”, będący energetycznym dopalaczem dla każdej, heavy metalowej duszy. Niemal dwugodzinne show dobiegło tym samy do końca, pozostawiając u każdego widza wspomnienia na długie lata.



Po nieodżałowanym rozpadzie Running Wild, GRAVE DIGGER pozostaje jednym z najważniejszych filarów niemieckiego/europejskiego Heavy Metalu, do którego powracam z nieukrywaną czcią i wzruszeniem. Mało już bowiem kapel, które w tak dosadny i zasadniczy sposób hołdują w swej twórczości wartościom wyznaczonym wiele lat temu, na początku swej drogi. Na koniec pozostaje mi raz jeszcze życzyć im wszystkiego najlepszego i wydania kolejnych, dobrych płyt w przyszłości. Sto lat GRAVE DIGGER!!

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”.