PRAGA, KC VLTAVSKA – 20.03.2010

Lubicie GAMMA RAY? Bo ja bardzo! Nic dziwnego, bo karierę Hansena śledzę od długiego czasu, a działalność samej GAMMY praktycznie od jej powstania. Niezliczona ilość projektów w jakich brał udział Kai, jego płodność artystyczna i geniusz muzyczny jest faktem i nikt nie może temu zaprzeczyć. Co ważne, mimo upływu lat i sławy jaką zdobył nadal chce mu się grać i wraz z kapelą występować na wielu europejskich i światowych scenach. Z początkiem 2010 roku GAMMA RAY wydali swój kolejny, duży album zatytułowany „To The Metal”, zawierający bardzo zróżnicowany materiał, będący niejako „przekrojówką” całego ich dotychczasowego dorobku. Gdy dowiedziałem się, że chłopaki zagrają kilka koncertów w naszej części Europy, postanowiłem bankowo zahaczyć o jeden z nich. Mój wybór padł na czeski występ ekipy Hansen’a, który to miał miejsce 20 marca w praskim klubie (domu kultury) KC Vltavska.

Tym razem przede mną i moim kumplem do przejechania było ponad 400 kilometrów, ale nawet spora ilość godzin spędzona w podróży nie popsuła nam dobrych humorów i słonecznych perspektyw na zwiedzenie Pragi. Zanim jednak ruszyliśmy w miasto, a potem na sam wieczorny koncert doznaliśmy niezłego szoku za sprawą parkingów, a raczej totalnego braku miejsc. Niby wszystko fajnie, ciekawe miejsca, zabytki, dobra pogoda, jednak żeby w 1,5 milionowym mieście nie było gdzie stanąć autem?! Masakra! Z wielkim trudem, po dwugodzinnych poszukiwaniach stanęliśmy na parkingu, gdzie akurat zwolniło się miejsce. „Nieco” wkurwieni kontynuowaliśmy piesze zwiedzanie, a kilka godzin później stanęliśmy pod samym klubem, „zdziwieni” dużą frekwencją przybyłych na koncert fanów (no tak…to nie Polska, z setką ludzi w porywach…). O 19tej drzwi klubu zostały otwarte, ludzie co sił w rękach i nogach zaczęli napierać do przodu i takim to sposobem w pół godziny dostałem się do środka. Scena przygotowana jak trzeba, duże wnętrze z balkonami na piętrze i coraz większa masa ludzi wlewająca się do środka przykuły moją uwagę. Brak miejsca dla fotografów nie napawała optymizmem zmuszając do obmyślenia strategii na „focenie” dzisiejszego wieczoru, jednak nic sensownego nie dało się wymyślić zastępując wszystko czystą improwizacją.



Kiedyś tam słyszałem jakieś płyty tej włoskiej kapeli, ale w zalewie – wydawać by się mogło – dużo lepszych produkcji umknęli mi gdzieś po drodze i nie wracałem już do tej nazwy. Okazuje się, że był to błąd, bo to, co zaprezentowali owi ludzie, naprawdę mogło się podobać, szczególnie wszystkim spragnionym melodyjnego Power Metalu. Wiem, wiem…kapel z galopującą perkusją i „gejowskimi” wokalizami natworzyło się wiele w ostatnich kilkunastu latach, niemniej sam zaliczając się do fanów i takiej muzy bawiłem się nad wyraz dobrze. Szczególnie dobrze słuchało się niejakiego Roberto “Ramon’a” Messina, dysponującego świetnym, czystym wokalem wyciskającego naprawdę wiele świetnych ścieżek, „górek” i fachowych wibrat. Również Aldo Lonobile i Marco Pastorino, gitarzyści SECRET SPHERE rzeźbili niczego sobie melodie, wprawiając w błogi zachwyt zgromadzonych w klubie ludzi. Wiedziałem, że Włosi nie są jakimiś ludźmi z ulicy, a ich 5 dużych albumów i udział w innych kapelach takich jak Alkemyst, Highlord, Beto Vazquez Infinity, Ivory czy Shining Fury było wystarczającą rekomendacją muzycznych umiejętności. Z ich krótkiego, półgodzinnego występu najbardziej podobały mi się wykonania „Stranger In Black”, „Welcome To The Circus” pochodzące z albumu „Sweet Blood Theory” oraz „Dance With The Devil” z wcześniejszego longa zatytułowanego „Heart & Anger”. Koncert żywiołowy, bardzo dobrze przyjęty, ze świetnymi solówkami, bieganiem po scenie i dobrym kontaktem muzyków z publiką. Pod koniec na scenę wyskoczyli techniczni zespołu oraz część ekipy FREEDOM CALL, ponieważ – jak się okazało – był to ostatni gig na trasie z GAMMA RAY! Wszyscy zaczęli się wygłupiać, zamieniali się rolami odstawiając tym podobne szopki, na długich podziękowaniach kończąc. Po tym co zobaczyłem wiedziałem już, że muszę odświeżyć sobie dyskografię SECRET SPHERE. Po przyjeździe do domu okazało się, że jedną ich płytę miałem w kolekcji, pozostało dokupić resztę.

Atmosfera w klubie stawała się coraz gorętsza, ludzi dobiło jeszcze więcej niż przewidywałem, a „klimatyzacja” (raczej jej wspomnienie) nie wydalała z wymianą nagrzanego powietrza. Zapowiadał się długi i cholernie gorący wieczór, bez chwili odpoczynku. Techniczni uporali się nad wyraz szybko ze zmianą wystroju i peryferyjnego sprzętu, a już za chwilę dało się słyszeć skandowanie nazwy drugiej kapeli mającej zagrać dzisiejszego wieczoru – FREEDOM CALL, FREEDOM CALL, FREEDOM CALL



Koncert rozpoczął się dokładnie tak jak sobie wymyśliłem, od nieśmiertelnego „We Are One”, zagranego – dodam – wprost genialnie! Cóż za „otwieracz” się trafił, a jak świetnie się go słuchało heh, heh! Chris Bay w najlepszej od lat formie śpiewał fenomenalnie wymiatając przy tym na swym czarnym wiośle. Reszta kapeli (inna niż na pierwszych kilku płytach) wtórowała mu dzielnie przekazując wszystkim przybyłym do klubu tę charakterystyczną dla FREEDOM CALL, pozytywną energię. Zasadniczo, to nie znam chyba drugiej takiej grupy, od której emanowałoby tyle radość i „chęci życia”, a same utwory miałyby tak pozytywny przekaz co FREEDOM i dlatego tak sobie ich cenię. Kawałki, kawałkami, bo nagle pojawiło się zasadnicze pytanie – GDZIE JEST DO CHOLERY DAN ZIMMERMANN?! Za garami pojawił się inny pałker, Klaus Sperling, znany swego czasu z Primal Fear czy obecnie (ponownie) z gry w kapeli Mat’a Sinner’a. Widocznie Klaus odciążał Dan’a podczas trasy z GAMMA RAY (co też było całkiem logiczne), a z obowiązków jakie na nim spoczęły wywiązywał się z równą wprawą co Zimmermann, grając sprawnie i żywiołowo, niczym regularny członek kapeli. Co poleciało jako następne? Starsze „United Alliance” oraz dwa nowe kawałki zatytułowane „Thunder God” oraz „Tears Of Babylon” z ostatniego albumu FREEDOM CALL „Legend Of The Shadowking”. Świetne przyjęcie przez publikę potwierdzało, że nowa płyta kapeli podoba się fanom, a same kawałki nawiązujące do starych dokonań grupy osobiście przypadły mi do gustu. Na słowa pochwały – i będę to mówił kilkukrotnie – zasługiwała praca dźwiękowców i całej ekipy technicznej. Tak selektywnie i dobrze nagłośnionych koncertów dawno już nie słyszałem. Owszem, ostatni występ Rage’a jaki widziałem był naprawdę dobrze „słyszalny” jednak to co miało miejsce tamtego wieczoru rozłożyło mnie na łopatki! Chłopaki nadal nie zwalniali tempa serwując „Hunting High And Low” z Clircle Of Life, kolejny, nowy utwór zatytułowany „Out Of The Ruins” i na koniec moje trzy ulubione wałki „Warriors”, „Land Of Light” z długograja „Eternity” oraz „Freedom Call” pochodzący z albumu „Crystal Empire”. Nooo…takie zakończenie koncertu to lubię. Stare, dobre numery nie pozostawiające cienia wątpliwości, że FREEDOM CALL nadal robi swoje, a co więcej, rozwija się „koncertowo” z roku na rok, czego dowodem są moje obserwacje (piąty i najlepszy występ Niemców jaki dotychczas widziałem). Po tak dobrym występie mój apetyt na tą kapelę wzmógł się po wielokroć i już nie mogę się doczekać ich kolejnego koncertu, jaki zobaczę w maju na MetalFest Open Air 2010!

Szkoda, że FREEDOM zeszli ze sceny. Generalnie jeśli chodzi o mnie, mogliby grać jeszcze raz tyle, jednak tego dnia był ważniejszy „zawodnik”, starzy wyjadacze GAMMA RAY, na których występ wszyscy tutaj czekali. Przerwa techniczna przedłużała się w nieskończoność, a temperatura w piekielnym klubie wzrastała do ponad 40 stopni. Wilgotność i para która znajdowała się w powietrzu skraplała się opadając na posadzkę, pokrywając wszystko dookoła (w tym mój aparat i obiektywy). Mikroklimat jaki powstał przez dwie ostatnie godziny zwalał niemal z nóg, a robiło się coraz cieplej. Po 22 mając dość kurwiłem pod nosem na technicznych, żeby wyp….li już ze sceny co chyba pomogło, bo po chwili z głośników popłynęły dźwięki „Welcome” – intra rozpoczynającego koncert.



Chwila uniesienia, wyczekiwanie i po chwili na scenie pojawiają się Niemcy gotowi do frontalnego ataku! I zgodnie z przewidywaniami zaraz po wstępie przywalili grubo kawałkiem „Gardens Of The Sinner” i jeszcze lepszym „New World Order”. Jakość nagłośnienia zabijała, wszystko totalnie selektywne w jak najlepszym porządku słyszalne z każdego zakątka klubu (sprawdzałem!). Dziadek Hansen w życiowej formie czarował swym charakterystycznym wokalem, wyciągając co trudniejsze nuty i miażdżąc wszystko potężnymi gitarowymi riffami. Tak… to byli GAMMA RAY w najlepszym wydaniu jakie znałem, a możecie mi wierzyć bo trochę koncertowych sztuk w wykonaniu tej kapeli mam na swoim koncie. Ogromną niespodzianką była jednak absencja Henjo Richter’a. Zamiast niego za drugie wiosło chwycił inny muzyk pochodzenia skandynawskiego. Niestety nie usłyszałem jego nazwiska, choć facet wydawał mi się znajomy, a Hansen przedstawiając tego młodzieńca zapewnił, że nie jest to odmłodzony Henio. O ile dobrze zrozumiałem Richter po prostu zaniemógł na oko, a Kai nie chcąc odwołać tegoż koncertu znalazł szybkie zastępstwo. Kolejnymi numerami jakie zagrali były min. nowe „Empathy”, „Deadlands”, „Mother Angel” oraz „No Need To Cry”. Fajnie, bo jak na promocyjną „To The Metal Tour 2010” trasę przystało mogliśmy się osłuchać z kawałkami z ostatniej płyty, co było całkiem przyjemnym zajęciem. Gitarowy zastępca Richter’a wymiatał aż miło, pokazując niemal wirtuozerskie zacięcie, Dirk Schlächter w swej „usztywnionej pozycji” (pewnie noga nadal mu doskwiera) pokazywał do czego służy bass i jak go właściwie wykorzystać, a Dan za garami nie myślał oszczędzać się ani trochę. Fani w ekstazie śpiewali niemal całe utwory, a refreny już obowiązkowo. Wokół dosłownie czuć było atmosferę święta, a ja osobiście próbowałem pogodzić uczucie euforii z panicznym brakiem tlenu i potrzebą zaczerpnięcia świeżego powietrza. Z kawałka na kawałek lista utworów zagranych podczas ostatniego show na trasie stawała się coraz ciekawsza. Nie zabrakło „The Saviour”, „Abyss Of The Void”, „To The Metal” oraz największych hitów pokroju „Rebellion In Dreamland”. A co z wystrojem sceny? Jak na klubowe warunki dobrze dopasowana, z podestami, kurtynami i grafikami pochodzącymi z ostatniej płyty. Aż podziw bierze jak fajnie wszystko to zostało przygotowane, za co dziękować należało – ponownie – technicznym grupy. GAMMA RAY zagrali łącznie 17 utworów, z dwoma bisami w postaci „I Want Out”, „Man On A Mission” oraz finałowym „Send Me A Sign”. Nie można było wymarzyć sobie lepszego zakończenia. JESZCZE NIGDY NIE BYŁEM NA TAK DOBRYM, KLUBOWYM KONCERCIE, ŚWIETNIE NAGŁOŚNIONYM I WRĘCZ IDEALNYM W SWEJ FORMIE, A JEDNOCZEŚNIE Z TAK „MORDERCZĄ” ATMOSFERĄ PANUJĄCĄ W ŚRODKU! Czułem się po nim o 10 lat starszy, lecz „o dziwo” cholernie szczęśliwy!

Podsumowując, dobrze było zobaczyć ekipę Hansen’a w szczytującej formie. Niewiele jest bowiem kapel, które w tak dobrym stylu potrafią grać wspaniałe koncerty i nagrywać wciąż nowe i jakże ciekawe wydawnictwa. Ciekawe co pokażą na tegorocznym Masters Of Rock? Jak myślicie? Jedno jest pewne…słabo nie będzie!!!

Tekst i zdjęcia – Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego)

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”

Setlisty:

GAMMA RAY

Welcome
Gardens Of The Sinner
New World Order
Empathy
Deadlands
Fight
Mother Angel
No Need To Cry
The Saviour
Abyss Of The Void
Drum Solo
Armageddon
To The Metal
Rebellion In Dreamland

Encore 1:
I Want Out
Man On A Mission

Encore 2:
Send Me A Sign


FREEDOM CALL

1. We Are One
2. United Alliance
3. Thunder God
4. Tears Of Babylon
5. Hunting High and Low
6. Out Of The Ruins
7. Warriors
8. Land of Light
9. Freedom Call