ZLIN, MASTERS OF ROCK CAFE – 2.04.2010

Są kapele, o których można powiedzieć że na scenie bywają bardziej niż przewidywalne. Zgoda, może to niezbyt szczęśliwe określenie jednak oglądając na żywo Niemców z AXXIS nic innego nie przychodzi mi do głowy. W przypadku tej grupy nie jest to bynajmniej zarzut. Uwielbiam ich sceniczne show, w szczególności szalonego Bernhard’a Weiss’a, a gdy się okazało, że AXXIS zagrają w kwietniu, w czeskim Zlinie postanowiłem wybrać się na ich jubileuszowy koncert.

Zanim na scenie zagościła gwiazda wieczoru, wszyscy ci, którzy przybyli do Masters Of Rock Cafe, mogli posłuchać/pooglądać młodzików z czeskiego EAGLEHEART oraz „nieco bardziej” wiekowych panów z niemieckiego MAD MAX. Jako pierwsi zagrali EAGLEHEART i muszę od razu powiedzieć, że sprawiali całkiem dobre wrażenie! Nieopierzeni, czasem chaotyczni szybko zasymilowali się z publiką i choć widać było że są na samym początku drogi muzycznej fajnie się ich oglądało. Melodyjna odmiana jaką grali ci młodzi ludzie zahaczała o rejony bliskie Heavy i Power Metalu, a w mocno skondensowanym czasie jaki przypadł na ich występ zaprezentowali kilka najciekawszych utworów z MCD „ Black Sun” oraz z pierwszego longa zatytułowanego „Moment Of Life” – wydanego w 2008 roku. Nie zabrakło tutaj „Buried Alive”, „Into The Sky”, „Falling” czy choćby „Don’t Turn Your Head”, przy których to kawałkach atmosfera panująca w klubie rozpaliła się dość znacznie. Duży w tym udział mieli gitarzyści EAGLEHEART Michal Kus i Martin Klekner…Szczególnie ten pierwszy wymiatał karkołomne solówki, udowadniając tym samym, że gitarowe rzemiosło nie jest mu obce. Reszta kapeli poprawnie wykonała swoją robotę nie wyróżniając się specjalnie spośród siebie, serwując nam kolejne tytuły takie jak „Tears Of Rain”, „Dream Therapy”, „Moments Of Life” i finalny „Time Has Com”. Końcowe podziękowania, zasłużone oklaski i Czesi z EAGLEHEART zeszli ze sceny.



Kwadrans przerwy, rozmowa z przyjaciółmi i niedługo potem z głośników poleciały pierwsze dźwięki intra świadczące o tym, że MAD MAX wkroczyli na scenę. „Dziadkowie” nie zaskoczyli nas czymś szczególnym, czym powaliliby na kolana, jednak to, co zaprezentowali na czeskiej ziemi na prawdę mogło się podobać. Mnie w każdym bądź razie podobało się nawet bardzo, bo słuchanie Hard Rock’a tej próby zawsze do mnie przemawiało. Ze składu znanego z pierwszej płyty MAD MAX zatytułowanej po prostu „Mad Max” (1982) ostał się jedynie gitarzysta Jürgen Breforth, kolejni, stali muzycy dołączyli w późniejszych latach jak choćby Michael Voss (1984, wokal/gitara) i Roland Bergmann (1985, bass). Gdy odpalili „Burning The Stage” i „Night Of Passion” w głównej sali MOR Cafe zrobiło się od razu ciaśniej. Wszyscy chcieli zobaczyć w jakiej formie jest obecnie MAD MAX, a wszyscy ci którzy liczyli na niezłe show mieli powód do zadowolenia. Michael czarował charakterystycznym wokalem rozkręcając się z kawałka na kawałek, grając jednocześnie chwytliwe partie na wiośle. Był świetnie słyszalny w każdej części klubu (również u góry, na balkonie) na równi z resztą kapeli. Jakość nagłośnienie na prawdę powalała, a zmiany poczynione w tej sferze wyszły klubowi na lepsze (choć i tak sound w MOR Cafe był zawsze wysokiej jakości). Większe głośniki zwisające z sufitu i inne duże „paki” ustąpiły miejsca mniejszemu gabarytowo nagłośnieniu, przez co scena zyskała na wielkości prezentując się na prawdę rasowo. Jürgen Breforth, robiący głupawe miny, wymiatał ogniste solówki przemieszczając się po scenie. Cieszył się przy tym jak dziecko, co też było charakterystyczne dla tego muzyka. Ogólnie cały MAD MAX zagrał swój koncert z zaangażowaniem, dając z siebie 100% mocy. Kiedy trzeba było to przywalili siarczystymi riffami, by za chwilę zagrać spokojne wstawki („Rollin’ Thunder”, „Never Say Never”, „Stormchild”), a we wszystkim tym nie brakowało przebojowości i polotu. Moim ulubionym hitem pozostał jednak utwór „Wild And Seventeen”, z charakterystycznym klimatem lat ’80tych w tle oraz kawałek „Hollywood Angels”. Koncert jaki dali tamtego wieczoru MAD MAX był kompletny i szczery. Nic w nim nie brakowało. Reakcja publiki świadczyła o tym, że nie tylko mnie się oni podobali, tak więc czeski gig Hard Rock’owców tym bardziej można było zaliczyć do udanych występów.



I w końcu nadszedł czas występu gwiazdy wieczoru. W klubie zrobiło się jeszcze tłoczniej, poruszenie wśród fanów rzucało się w oczy, a za moment na scenie, w pełnej krasie zawitali chłopaki z AXXIS. Mój stosunek do tej grupy ewoluował dość znacznie w ostatnich latach. Polubiłem ich na prawdę bardzo i przezwyciężyłem nawet niechęć do „kozich” wibrat Bernhard’a Weiss’a. No cóż, człowiek się zmienia, a wraz z nim jego preferencje. A jak wypadli dzisiejszego wieczoru? Bardzo dobrze, to chyba zbyt mało powiedziane. Wszyscy muzycy starali się jak mogli, by ich jubileuszowy koncert został jak najlepiej zapamiętany przez wiernych fanów kapeli. Nie zabrakło najważniejszych utworów, jakimi AXXIS raczyli słuchaczy, choć z ostatniego krążka, zatytułowanego „Utopia” również uzbierało się kilka kompozycji. Z energią charakterystyczną raczej dla nastolatków rozpoczęli od „Journey To Utopia”, przechodzącego z „Utopia”, by już za chwilę zapodać „Bloodangel” z albumu „Doom Of Destiny”. Weiss szalejąc na scenie, bawił się przy tym znakomicie, podgrzewając zebranych pod sceną fanów. Nie mogło zabraknąć charakterystycznych patentów wokalisty, tych wszystkich „trzęsawek”, podskoków, skłonów i częstego przemieszczania po scenicznych deskach. Czasami wyglądało to komicznie, jednak wszyscy ci, którzy choć raz, wcześniej widzieli show AXXIS, wiedzieli czego się spodziewać. „Last Man on Earth”, „Lady Moon”, „My Little Princess” poleciały jako następne. Marco Wriedt, jeden z młodszych nabytków kapeli sprawdził się wyśmienicie wymiatając energetyczne solówki, a dobra współpraca z sekcją rytmiczną (Rob Schomaker / bass/ i Alex Landenburg /gary/) nie pozostawiała zbyt wiele do życzenia. Co do Marco, to miałbym jedynie małe „ale” w związku z jego statycznością. Gość czasami stał jak pień, no ale tak to już bywa, że albo się jest showmanem, albo nie… Dalsza część koncertu równie dobra i przebojowa, a kolejne, „utopijne” kompozycje wpadały gładko w ucho. Nie zabrakło także starych numerów takich jak „Little War” (Lp „The Big Thrill”) , „Heaven in Black” z krążka „Back To The Kingdom”, „Touch the Rainbow”, czy choćby „Little Look Back” z „II”. Weiss, w przerwach między kawałkami kaleczył język czeski, czytając z kartki co pikantniejsze powiedzonka, ładnej, tym razem skośnookiej (?) Czeszki również doczekaliśmy się na scenie (jakże by inaczej) , z tą tylko różnicą – w stosunku do innych koncertów AXXIS jakie widziałem – iż rzeczona panna miała poczucie rytmu, wywijając sprawnie tamburynem. Cóż…taki, swoisty folklor heh. Ok! Chwila rozprężenia minęła bezpowrotnie, bo już za chwilę chłopaki zapodali swój sztandarowy kawałek, tytułowy „Kingdom Of The Night”! Noo, taki AXXIS jest bezsprzecznie najlepszy i najbardziej mi się podoba. Szybkość, moc i genialne riffy – tego z pewnością tu nie zabrakło. Publika oszalała, na scenie ogień, a mnie od razu uderzył klimat końca lat ’80tych i miłe wspomnienie tego, co już było… Instrumentalnie, znowu bez zarzutu. Marco ponownie udowodnił, że niezły z niego gitarzysta, a i reszta zespołu była z pewnością w świetnej formie. Po takim kawałku było wręcz pewne, że występ AXXIS musi dobiegać końca. Co prawda, dostaliśmy jeszcze cztery kompozycje, w tym genialne „Tales Of Glory Island” (co za energia!) i „Living In A World” dołujące mnie zawsze i wszędzie heh. Finalnie jeszcze stary cover „Nana, Hey, Hey, Kiss Him Goodbye” i jubileuszowy koncert AXXIS nieubłaganie dobiegł końca…



Mimo iż nie był to krótki koncert, a repertuar zadowolił chyba wszystkich fanów grupy, żal było opuszczać MOR Cafe. Dobre koncerty nigdy się nie nudzą, czego stuprocentowym potwierdzeniem jest tutaj występ AXXIS. Na koniec pozostało mi jedynie życzyć owej grupie kolejnych, 20tu lat na scenie i… do szybkiego zobaczenia!!

Tekst i zdjęcia: Tomasz ‘Thomen’ Ślusarczyk (z pomocą Andrzeja Nowakowskiego)

Więcej zdjęć w dziale “Galeria”.